"Więcej ich nie zobaczyłam...". Fragment książki "Okręg Warszawski ZWZ – AK"

Publikacja z serii Archiwum Czynu Niepodległościowego Archiwum Akt Nowych: "Okręg Warszawski ZWZ – AK" cz. I i II, opracowana przez Mariusza Olczaka i Marka Stroka. W książce zaprezentowane są dokumenty odnalezione w skrzynce alarmowej, zwanej "Skrzynką Ali" (Stefanii Aluchny) przy ul. Filtrowej 68/48 , gdzie w czasie wojny znajdowała się kancelaria Komendy Okręgu.

Dziennik Stefanii Aluchny

Moje współżycie polityczne z Heleną, Klimą, Marią i jej synem Julkiem, zaczęło się od tego, że przynosiłem im tajną prasę i komunikaty radiowe. Było to w listopadzie lub grudniu 1939 r. Codziennie po skończonej pracy wieczorami bywałam u nich. Julek opowiadał wówczas o swoich przeżyciach wrześniowych. Brał udział w patrolach sanitarnych w czasie akcji wrześniowej i na ulicach Warszawy zbierał rannych, nawet Niemców i opatrywał im rany. Opowiadał, jak musiał zwalczać w sobie uczucia nienawiści, aby nie dobić rannego wroga i otoczyć go taką samą opieką jak swoich rodaków. Przezwyciężał jednak uczucia wrogości i opatrywał ich nadal, zapytując jakby oni postąpili w stosunku do Polaków? Młody chłopak, żołnierz niemiecki za całą odpowiedź trząsł się i płakał. Po klęsce wrześniowej temat naszych rozmów sprowadzał się głównie do analizy jej przyczyn. Przysłuchiwałam się wówczas głosom młodzieży ze środowiska Julka. Młodzież ta w organizacjach podziemnych przygotowała się do nowej walki i ćwiczyła w samoobronie. Nie dać się chwycić w "łapance" ulicznej, to było troską dni zarówno chłopców, jak i dziewcząt. Julek zabezpieczając się przed "łapanką" i wywiezieniem na roboty do Niemiec, postarał się o pracę fizyczną w jakiejś firmie, a przy tym kształcił się na tajnych wykładach uniwersyteckich. Praca w tej firmie dawała "bezpieczny" dokument, lecz małe zarobki. Warunki materialne całej rodziny były bardzo ciężkie. Helena otrzymywała emeryturę nauczycielską, a Klima uczyła w szkole. Deputaty żywnościowe z ogniska Nauczycielskiego ratowały ich ciężką sytuację. Klima i Helena zaczęły wyprzedawać się z przedmiotów wartościowych, aby mogły wyżyć cztery osoby. Z początku sprzedawały garderobę, później swoje meble. Wreszcie przyszła kolej i na rzeczy Marii: poszły jej futra, dywany, porcelana. Olbrzymi, wspaniały salon Marii stał się jeszcze większy, opustoszał z pięknych przedmiotów, zabranych przez handlarza. Nie ostała się i willa w Wołominie, którą musiano spieniężyć. Stan zdrowia Marii pogarszał się z dnia na dzień, nie podnosiła się już z łóżka, trzeba było wziąć pielęgniarkę. Kuracja była kosztowna i w budżecie domowym stanowiła poważną pozycję. Julek zaczął swoją pracą wydatniej pomagać rodzinie. Zainstalował w mieszkaniu aparat do pędzenia "bimbru", włożył w to przedsiębiorstwo, część gotówki ze sprzedaży willi w Wołominie i obiecywał sobie z tego źródła duże dochody, gdyż na rynku cieszył się "bimber" powodzeniem. Chcąc się utrzymać samym, a często i swoje rodziny, młodzi ludzie dążyli do stworzenia sobie niezależnych warsztatów pracy domowej, aby wolny czas poza pracą zarobkową poświęcić służbie walki podziemnej. Godziny policyjne zmuszały ludzi do wczesnego opuszczania ulic i przebywania w domu, a to wpływało na życie się lokatorów w obrębie zamieszkiwanej kamienicy. Na tym tle rozwijało się życie polityczne i towarzyskie...

Reklama

Cała rodzina Julka współdziałania w pracy podziemnej mając za sobą tradycje przeszłości z poprzedniej walki o Niepodległość. Nie mówiliśmy gdzie, kto i co robi, ale wszyscy po sąsiedzku wspomagaliśmy się w pracy. Mieszkając na tej samej klatce schodowej, prosiłam Klimę i Helenę o współudział w robocie konspiracyjnej. Obie siostry przychodziły do mego mieszkania po prasę, którą zabierały i niosły nie oznaczony punkt rozdzielczy. Funkcję kolporterek pełniły dość długo. Podeszły wiek i niepokaźny wygląd ułatwiały im prześlizgnięcie się między patrolami żandarmerii niemieckiej. W miarę rozwoju kontaktów i pracy podziemnej zaistniała potrzeba zorganizowania tak zwanych skrzynek pocztowo-alarmowych i łączności telefonicznej. Maria pozwoliła mi na korzystanie z telefonu. Prowadzone rozmowy telefoniczne były oczywiście tak niewinne, że Maria pomimo trwogi o Julka i obawy o dom, by nie sprowadzić nieszczęścia była zupełnie spokojna, ale serce matki w trosce o syna drżało ciągle z niepokoju, gdy przysłuchiwała się jego rozmowom telefonicznym. Domyślała się bowiem, że syn również należy do jakiegoś ogniwa komórki organizacyjnej. Do Julka przychodziła młodzież męska i żeńska, i pod pozorem rozrywek towarzyskich odbywała ćwiczenia wojskowe. Nie mogła matka zabronić synowi udziału w pracy konspiracyjnej, gdyż sprzeciwiałoby się to ich rodzinnej tradycji, uczyła natomiast ostrożności i przestrzegała przed niebezpieczeństwem. Niemniej żyła stale w obawie i niepokoju. Współżycie między nami zacieśniało się z każdym dniem. Moja "skrzynka alarmowa" u Marii była czynna codziennie i łączniczka z komórki "X" - przychodziła do Klimy lub Heleny za hasłem w sprawie "świetlicy dla młodzieży" i po usłyszeniu "odzewu" - zostawiała pocztę tzw. "alarmówkę", która była doręczana mi natychmiast, skąd szła do właściwych rąk. Poza tym Klima i Helena miały jakieś swoje kontakty, ale raczej towarzyskie, gdyż prosiłam je ze względu na bezpieczeństwo pracy o nie podejmowanie się innych funkcji konspiracyjnych. Julek miał znów swoje tajemnice organizacyjne. Nigdy nie wiedziałam do czego należy, zresztą on również nie wiedział do jakiej komórki ja należę. Na tym niemówieniu o swojej pracy, o sobie, polegała cała tajemnica powodzenia roboty podziemnej. To była metoda pracy. Czasami nici wiążące nas zbiegały się gdzieś w wiadomościach politycznych i informacjach, które uzgadnialiśmy, a wówczas ustaliliśmy, że jest to "ZWZ". Czasami Julek nie wracał na noc, wówczas niepokój w domu wzrastał z godziny na godzinę. Dawano mi znać o jego nieobecności i w naprężeniu nerwów oczekiwaliśmy telefonu. W jakiejś chwili dzwonek: "zabawiłem się u kolegi, nie zdążę przybyć przed godziną policyjną, nocuję u niego" - wtedy wszyscy odczuwaliśmy ulgę, a naprężenie oczekiwania mijało. Taka to była atmosfera codzienna naszego szarego dnia pracy, wieczna czujność i oczekiwanie, czy przed godziną policyjną wszyscy członkowie rodziny wrócą do swego domowego ogniska. Czy kogo nie zabraknie spośród nich. Aż pewnego razu był telefon - "Julek do domu już nie wróci" - było to w końcu listopada lub na początku grudnia 1943 r. - nie przypominam sobie dokładnie daty. Słowa rzucone w telefon brzmiały jak wyrok śmierci - "nie wróci do domu" - matka zbielałymi ustami nieprzytomnie powtarzała "Julek nie wróci", ale jeszcze żyje, cierpi, jest badany przez Gestapo, przechodzi mękę nieujawnienia tajemnicy konspiracyjnej. Matka czuje we własnym ciele ból fizyczny, czuje razy uderzeń padające na obolałe ciało syna. Nie płacze. Skarży mi się, że nie może płakać. A ciotki Klima i Helena troskliwie krzątają się po mieszkaniu, usuwają wszystko to, co mogłoby wskazywać na udział Julka w robocie konspiracyjnej. Całą noc nikt z nas nie spał, z godziny na godzinę oczekiwano na przyjazd Gestapo. Cisnęło mi się do mózgu niespokojne pytanie, co zrobią z trzema starszymi i schorowanymi kobietami, ja zaś jako najbliższa sąsiadka, a co najważniejsze, korzystająca z telefonu i mieszkania dla celów organizacyjnych, poczułam się nagle zagrożona tym, czy Julek "wytrzyma badanie". Zastosowałam w swoim mieszkaniu natychmiast środki ostrożności, zbadałam wytrzymałość skrytek. Usunęłam niepewne.

Natychmiast powiadomiłam swego szefa, komendanta okręgu płk. Montera o ewentualnym moim zagrożeniu. Zawiadomiłam osoby zainteresowane, że moja skrzynka u Klimy i Heleny "spalona". Swego mieszkania nie mogłam opuścić, gdyż zamiast mnie [Gestapo] zabrałoby całą moją rodzinę, która mieszkała ze mną. Oczekiwałam więc dalszego rozwoju wypadków. Wczesnym rankiem zjawiła się u Marii matka tego chłopca, który dał znać telefonicznie o Julku. opowiedziała, że było ich pięciu chłopców, uzbrojonych w rewolwery, szli ulicą rakowiecką na "robotę", mieli do wykonania jakieś zadanie, nagle zostali otoczeni, ostrzeliwując się usiłowali uciekać, jednemu udało się zbiec, czterech złapali, w tym Julek, Uratowany natychmiast powiadomił rodziny swoich kolegów, by zdążyły oczyścić mieszkania przed przybyciem Gestapo. Następnego dnia "po wpadce" o godzinie 9 rano przybyło Gestapo do mieszkania Julka. Usłyszałam dyskretne pukanie do moich drzwi wejściowych, to pomocnica domowa Marii dała mi znać, że w mieszkaniu ich buszuje już Gestapo. Wraz z całą rodziną wyszłam z mieszkania, powierzając je opatrzności. Po dwóch godzinach wróciłam, chcąc zasięgnąć informacji u dozorcy kamienicy o wyniku rewizji (dozorca, człowiek godny zaufania b. Powstaniec Wielkopolski, nazwisko Błoszyk). Gestapo już odjechało, nie zabierając ze sobą nikogo. Niezwłocznie udałam się do swoich sąsiadek, zachowując środki ostrożności, badając klatkę schodową, czy nie pozostawili gdzie "szpicla", który miałby zadanie wyłapać osoby wchodzące do zagrożonego mieszkania. W nastroju zdenerwowania i cichej rozpaczy Maria opowiedziała mi przebieg rewizji i badania. Jeden z gestapowców badając ją, wyraził się z ironią, że "Syn polskiego Ministra to bandyta", chodził z bronią w ręku i napadał na Niemców. Bandytami nazywali Niemcy wszystkich naszych walczących żołnierzy armii Podziemnej. Gestapo przeprowadziło bardzo dokładną rewizję w całym mieszkaniu. Skrytki jednak, zresztą opróżnione, zdały egzamin, gdyż żadnej nie odkryto. Niestety wśród szkolnych książek Julka znaleziono jakiś maszynopis organizacyjny. Gestapowcy rzucili się na ten świstek papieru z wściekłością i wówczas jeden z nich z całej siły cisnął swoją tekę w twarz Helenie. Staruszka przewróciła się, a potem przez długie tygodnie nosiła na twarzy sine ślady uderzenia. Miała szczęście, że nie uszkodzono jej oka. Pokój Julka i aparat do pędzenia "bimbru" opieczętowano... Gdyby nie ten nieszczęsny papierek, może udałoby się całą sprawę skierować na tory kryminalne, by ratować życie chłopca, ponieważ aparat do "bimbru" znajdujący się w mieszkaniu, stanowił dobre alibi. Po dokonaniu rewizji gestapowcy zapowiedzieli dalsze wizyty, więcej się jednak nie zjawili. Matki aresztowanych porozumiewały się ze sobą, usiłowały organizować ratunek. Gromadziły gotówkę na wykupienie swych synów. Niestety, wkrótce nazwiska ich pojawiły się na murach Warszawy, na afiszach głoszących, że polscy bandyci-komuniści są skazani na karę śmieci, mogą zaś być ułaskawieni do dnia... (w terminie określonym), jeśli w tym czasie nie zajdą żadne akty terroru ze strony polskich czynników politycznych w stosunku do władz niemieckich. Oczywiście nikt z nas nie miał złudzeń, że stawianie terminów i odwlekanie egzekucji, jest też wyrafinowaną formą terroru, doświadczenie wykazało, że nikogo z tych, których nazwiska znalazły się na liście, nic nie zdoła uratować. Łudzą się tylko rodziny. Ciotki Julka, Klima i Helena szalały z rozpaczy, gdy na liście skazanych znalazły nazwisko swojego siostrzeńca. Błagały mnie o ratunek, o pomoc organizacji w ratowaniu chłopca. Przed Marią usiłowały ukryć tę wiadomość, ale ona czuła i wiedziała wszystko sercem matki. Rozpacz jej była straszna, prosiła mnie abym wpłynęła na swoje władze organizacyjne, by powstrzymały się od wykonywania wyroków na "przestępcach przeciwko Narodowi Polskiemu" przynajmniej do czasu, dopóki syna nie wykupi. Łudziła się, że miałoby to jakikolwiek wpływ na uratowanie życia synowi. Codziennie przecież na murach Warszawy pojawiały się nowe listy skazanych na rozstrzelanie, a następnego dnia listy o wykonanych wyrokach. Przecież to był rok 1943 - okres największego nasilenia terroru. Robiłam co mogłam, żeby zbolałej rodzinie przyjść z pomocą, wyszukiwałam kontakty i drogi, by przez różnych "łotrów", żerujących na cierpieniu tysięcy rodzin, za grube pieniądze wykupić Julka od śmierci. Przyjaciele rodziny znosili gotówkę, niestety za mało było czasu na dotarcie do tego "osobnika", który za pieniądze podjąłby się uratowania życia jednemu spośród wielu skazanych. Cały ten okres szamotania się i szukania dróg ratunku trwał do dwóch tygodni aż wreszcie w grudniu przed Bożym Narodzeniem 1943 r. zobaczyłam nazwisko Julka Jędrzejewicza na liście rozstrzelanych. technika mordowania ludzi sprawnie funkcjonowała. Listy o wykonanych wyrokach już wisiały na murach, gdy równocześnie dokonywano egzekucji. Właśnie wówczas na rogu ulicy Kopińskiej i Grójeckiej rozstrzelano grupę młodych chłopców, a któryś z padających jeszcze zdążył krzyknąć "Niech żyje Polska". Gdy seria karabinów maszynowych zamilkła, podjechała ciężarówka i ciała, które jeszcze nie ostygły załadowano i odwieziono w nieznanym kierunku. Na miejsce kaźni nadbiegli ludzie. Święte miejsca polskich Męczenników obsypano kwiatami, kobiety postawiły krzyżyki, zapaliły świeczki i wszyscy chórem odmówili "Wieczne odpoczywanie". Był to dzień szarej pracy i codziennej męki, ludzie wracając do swych zajęć roznosili wieści o nieszczęściu. W zadziwiający sposób, w błyskawicznym tempie wiadomość obiegła całe miasto. Serca wszystkich matek drżały wówczas niepokojem, męką oczekiwania wiadomości o synu. Matka Julka wiedziała już wszystko, chociaż nikt nie wspomniał jej o egzekucji. Maria miała zadziwiającą intuicję. Ciotki dowiedziały się o nieszczęściu z wywieszonej listy. W domu panowało głuche milczenie, nikt nie wymawiał imienia Julka. Jedynie - matka, siedząc w pokoju syna, prowadziła z nim długie rozmowy, "choć był już po tamtej stronie". Zginął syn, siostrzeniec, przyjaciel, żywiciel rodziny. Nikogo nie sypnął. Spokojnie wróciłam do swego mieszkania. Usiłowałam zbadać do jakiej należał komórki. okazało się, że pracował w dywersji, w oddziale likwidacyjnym. konspiracyjna opieka Społeczna zajęła się matką, a ja znów po pewnym czasie wznowiłam tam "skrzynkę alarmową Ali", gdzie Klima i Helena przyjmowały pocztę dla mnie. Współpraca nasza trwała tak do gorących dni przed powstaniem, tj. do 31 lipca 1944 r. dnia 1 sierpnia idąc na miejsce koncentracji ze Sztabem okręgu Warszawskiego, pożegnałam się z wiernymi przyjaciółkami, kobietami-żołnierzami armii Podziemnej, które mimo strasznego nieszczęścia, jakie na nie spadło, wytrwały na posterunku. Więcej ich nie zobaczyłam. Dnia 5 X 1944 r. idąc do niewoli przechodziłam koło swojego domu, okna moich przyjaciółek ziały pustką i martwą ciszą. Na jednym z balkonów tej kamienicy zobaczyłam zwisającą długą, białą flagę. Zrozumiałam wszystko... tragedię dzielnicy walczącej i mieszkańców domu, jednego z wielu na odcinkach walki powstańczej.


Archiwum Akt Nowych
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Strona główna INTERIA.PL
Polecamy