Reklama

Przetrwać! Czyli jak pod Krakowem i Limanową zatrzymano "rosyjski walec parowy"

Jesienią 1914 roku sytuacja militarna Austro-Węgier daleka była od wojennych planów. Zawiódł zamiar szybkiego pokonania Serbii, zawiedli fałszywi sprzymierzeńcy, Włosi i Rumuni, de facto zrywając jednostronnie sojusz z Wiedniem, zawiodły nadzieje na powolną mobilizację najgroźniejszego, śmiertelnego wroga państwa habsburskiego - Rosji. Nie zawiodła armia, a przede wszystkim nie zawiodły setki tysięcy zwykłych żołnierzy, w tym Czechów, Polaków, Ukraińców i Słowaków, którzy wbrew niekorzystnemu przebiegowi kampanii, wciąż zachowywali wysokie walory bojowe, jakby na przekór uporczywej pansłowiańskiej propagandzie przeciwnika.

Mimo utraty większości obszarów Królestwa Galicji i Lodomerii (czyli historycznej Małopolski) wola walki poddanych sędziwego cesarza Franciszka Józefa nie uległa załamaniu. Przeciwnie, buńczuczne deklaracje: zdies Rasija! (tu jest Rosja), głoszone przez Rosjan w okupowanym Lwowie, nigdy dotąd do Rosji nie należącym, stanowiły dla wielu niezdecydowanych jeszcze Polaków poważny argument za poparciem antycarskiej strategii politycznej Józefa Piłsudskiego. Tym bardziej, że pazury "ruskiego niedźwiedzia" sięgnęły aż po Kraków...

Festung Krakau, czyli fala kulminacyjna rosyjskiego potopu

W połowie listopada 1914 r. wojska rosyjskie rozpoczęły operację zaczepną, której celem była historyczna stolica prokliatoj Polszy, Kraków. Skutki zajęcia naszej piastowskiej stolicy byłyby katastrofalne dla Austro-Węgier. Zagrożenie pruskiego Śląska mogłoby skłonić Berlin do pokoju separatystycznego z Rosją, kosztem oddania Moskwie ziem polskich. Efekty wprowadzenia tradycyjnej rosyjskiej "polityki knuta i pogromu" wobec galicyjskich Polaków i Żydów byłyby wręcz trudne do wyobrażenia.

Reklama

Umocnienia Krakowa, powstałe w drugiej połowie XIX wieku, nie były tak nowoczesne jak fortyfikacje Przemyśla. Stanowiły jednak niebagatelne zagrożenie dla ewentualnych prób zajęcia miasta. Forty krakowskie tworzyły podwójny pierścień stałych budowli, uzupełnionych w okresie poprzedzającym walki o szereg umocnień polowych, schronów piechoty, magazynów i działobitni artyleryjskich, a nawet lotnisko wojskowe. W obliczu groźby długotrwałego oblężenia, władze nakazały częściową ewakuację ludności cywilnej Festung Krakau, dokonano także rutynowego "oczyszczenia pola ostrzału" poprzez spalenie zabudowań leżących w przewidywanej strefie walk.

W zapiskach Jana Dąbrowskiego, krakowskiego działacza niepodległościowego, znaleźć można poniższą relację: "Naokoło miasta w promieniu paru kilometrów popalono wsie, by nieprzyjacielowi nie dać schronienia, ludność wydalono. Cala okolica pokryta jest jak koronką nowymi fortami, szańcami itd. Z miasta wydalają wszystkich nie mających prowiantu na trzy miesiące. Od kilku dni zamknięto sklepy spożywcze, aby zmusić przez to ludność nie zaopatrzoną do wyjazdu i z drugiej strony obronić zapasy przed wykupieniem ze strony tysięcy wojska. Kawiarnie i restauracje otwarte są na parę godzin i o 9 wieczorem zamykają je. Po domach kwateruje wojsko".

Dowództwo austro-węgierskie, dzięki złamaniu szyfrów przeciwnika, poznało plany rosyjskiego ataku na Kraków, mogło więc podjąć skuteczne przeciwdziałanie. Koncentracja sił 1. i 4. Armii na terenach między Częstochową a Krakowem dała dowódcom habsburskim lokalną przewagę nad Rosjanami, których dwie armie (4. i 9.) ruszyły do natarcia 14 listopada. Dwa dni później rozpoczęło się austro-węgierskie kontruderzenie, w trakcie którego wsławił się szczególnie VI Korpus (koszycki) dowodzony przez generała dr. Artura barona Arza von Straussenburg. W ciężkim boju pod Iwanowicami jego podwładni, wsparci przez brygadową grupę bojową piechoty, utworzoną z krakowskiej załogi fortecznej (płk Karol Piasecki) oraz cztery pułki "czerwonych diabłów" (huzarów) z 11. Dywizji Kawalerii Honvedu, odnieśli znaczący sukces i rozbili oddziały nieprzyjacielskie, co przyczyniło się do zatrzymania ofensywy Rosjan.

Wróg zdołał jednak podciągnąć baterie artyleryjskie i rozpocząć ostrzał północnych fortów krakowskich, a w Krzesławicach żołnierze carscy zbliżyli się do fortu 49 na odległość zaledwie 2 km, zagrażając bezpośrednio zewnętrznej linii obrony miasta. Pod naporem częstych wypadów załogi twierdzy, Rosjanie musieli jednak ustąpić, ponosząc znaczne straty w poległych, rannych, zaginionych i wziętych do niewoli. Dowództwo austro-węgierskie, uznawszy że plany przeciwnika zostały chwilowo pokrzyżowane, nakazało 25 listopada przerwanie dalszych akcji zaczepnych. Tak zakończyła się pierwsza bitwa o Kraków.

Krakowska dogrywka i "piekielny taniec" pod Limanową

Lokalny sukces pod Krakowem, choć nie do przecenienia ze względów strategicznych i propagandowych, nie oznaczał jeszcze zwycięstwa. Rosjanie nadal mieli liczebną przewagę na całym froncie karpackim, ciągnącym się na przestrzeni setek kilometrów od Beskidów do Bukowiny. Przeciwnicy wciąż jeszcze oblegali Przemyśl, a zamiar odsieczy tej twierdzy stanowił ważny element planów gen. Franciszka barona Conrada von Hötzendorf, szefa sztabu sił zbrojnych monarchii naddunajskiej.

Tymczasem nieprzyjaciel nie zamierzał przerwać na dłużej działań ofensywnych, planując ponowny atak na Kraków. Raz jeszcze walczące armie miały podjąć niemal równoczesne natarcia. Tym razem pierwsi uderzyli żołnierze habsburscy, symbolicznie tylko wsparci przez niemieckich sojuszników jedyną dywizją piechoty. Tyrolczycy z XIV Korpusu rozpoczęli 2 grudnia atak w okolicach Łapanowa i Rajbrotu, a grupa bojowa gen. Nagy'a, w składzie której walczyli legioniści polscy (wkrótce już oficjalnie jako I Brygada), z powodzeniem natarła na Limanowę, wyzwalając ją spod rosyjskiej okupacji i osiągając linię Dunajca. Komendant rosyjskiej 3. Armii, bułgarski emigrant Radko Dimitriew, z typową dla niego energią i agresywnością zlekceważył lokalne niepowodzenie i nie przerwał ponownego ataku na Kraków, zasadnie wybierając cel o znaczeniu strategicznym, a nie taktyczne "łatanie frontu".

Obrońcy Festung Krakau ponownie posiedli wiedzę o przygotowaniach przeciwnika, tym razem wykorzystując lotnictwo, śledzące bez przeszkód ruchy wojsk. Rosjanie siłami XXI Korpusu opanowali podkrakowskie wsie Bogucice i Bieżanów i zaatakowali fort 51 Rajsko. Pomimo ciężkiego ostrzału znakomitej artylerii fortecznej, w tym słynnych ciężkich moździerzy kalibru 305 mm, nieprzyjaciel dotarł aż do wzgórza Kaim (265 m n.p.m.), ok. 10 km od krakowskiego rynku.

W dniu św. Mikołaja, 6 XII 1914 roku, załoga krakowska wsparta potężnym ogniem artylerii, uderzyła na Rosjan i odrzuciła ich ku południowemu wschodowi.

Ciężkie walki pod Krakowem i Wieliczką trwały do 15 grudnia i zakończyły się dotkliwą porażką armii gen. Dimitriewa, który musiał skierować swoją uwagę na zlekceważony początkowo sektor frontu w okolicy Limanowej. Na legionistów polskich i żołnierzy grupy Nagy'a natarł tam silny VIII Korpus z 8. Armii gen. Brusiłowa, jednego z najlepszych carskich dowódców. Już 6 grudnia nasi legioniści natknęli się na nadciągające rosyjskie posiłki. W kolejnych dniach żołnierze Józefa Piłsudskiego (który dowodził nimi osobiście, a wspomnienia z tej akcji zawarł w tomiku "Moje pierwsze boje") stoczyli szereg walk z przeważającymi siłami przeciwnika, stopniowo wycofując się pod ich naporem ku Limanowej.

Sytuację wykrwawionych i wyczerpanych wcześniejszymi walkami batalionów legionowych niespodziewanie pogorszyło samowolne opuszczenie sąsiedniej linii obronnej przez oddziały Landsturmu (pospolitego ruszenia), złożone w większości z polskich rezerwistów. Jeśli wierzyć relacji świadka, "był to jedyny przypadek, gdy (Piłsudski) widział źle walczących Polaków".

Dla pełni obrazu sytuacji trzeba przypomnieć, że w batalionach pospolitego ruszenia służyli zwykle panowie często o nienajlepszym zdrowiu i kondycji fizycznej, a w tamtych dniach panowały silne mrozy, którym towarzyszył obfity śnieg. Aby załatać powstałą w ten sposób niebezpieczną lukę w linii frontu, dowodzący na zagrożonym odcinku gen. mjr Herbert von Herberstein, dysponujący w rezerwie brygadą jazdy, skierował w krytyczny punkt bitwy spieszonych kawalerzystów z 9. i 13. pułku huzarów, którzy zapobiegli porażce obrońców.

Bohaterską kartę w swoich dziejach zapisał 42. Feldkanonen Regiment (pułk armat polowych) w boju o Polankę. Zdeterminowani artylerzyści własnymi siłami skutecznie odparli atak rosyjskiej piechoty, zmuszając nieprzyjaciół do odwrotu. Groźna sytuacja powstała także w sektorze między Wieliczką a Gdowem, gdzie gen. Dimitriew zamierzał oskrzydlić stanowiska habsburskiej 3. Dywizji Piechoty. W krytycznej chwili na pomoc zagrożonym drajerom przybyli polscy "pospolitacy" z 95. Brygady Landsturmu płk. Wiktora Grzesickiego. Obrońcy utrzymali swoje pozycje, a mróz, śnieg i nocne ciemności przyniosły wyczerpanym piechurom obu armii upragnione godziny względnego spokoju.

Było to jednak tylko chwilowe wytchnienie. Nadchodzący kolejny dzień miał przynieść niezwykle ciężkie walki. Szczególna, dramatyczna rola przypadła węgierskim kawalerzystom z 9. pułku huzarów. "Czerwone diabły" z tego regimentu szefostwa Franza Leopolda hrabiego von Nadasdy okryły się wielką sławą 11 XII 1914 r. w boju na wzgórzu Jabłoniec pod Limanową. Ten taktycznie ważny punkt opanowany został przez nieprzyjaciół, którzy w ten sposób wreszcie zyskali możliwość wywalczenia upragnionego przełamania frontu. Kolejny atak Rosjan mógł spowodować załamanie obrony wojsk austro-węgierskich, a w konsekwencji klęskę, skutkującą utratą Krakowa i otwarciem przez wroga drogi na Śląsk, Czechy i Węgry.

Pojął to dowódca pułku, który osobiście poprowadził desperacki atak na Jabłoniec. Z niesłychaną pogardą śmierci huzarzy rzucili się do szturmu na pozycje rosyjskie, ziejące ogniem broni maszynowej. W wyniku brutalnej walki wręcz nieprzyjaciel został wyparty ze strategicznie ważnej pozycji na wzgórzu kosztem niezwykle wysokich strat. Poległa większość oficerów pułku, w tym i jego komendant, płk Othmar Muhr, pośmiertnie odznaczony za odwagę i obdarzony dziedzicznym szlacheckim przydomkiem "von Limanowa". Pozostali przy życiu huzarzy w śnieżnej zadymce odpierali uporczywe ataki Rosjan, usiłujących odzyskać panowanie nad Jabłońcem.

Bój trwał aż do nadejścia nocy. Wówczas wstrząśnięta porażką carska 15. Dywizja Piechoty rozpoczęła odwrót, silnie naciskana przez uskrzydlone wieściami o limanowskim zwycięstwie oddziały austro-węgierskie. W pościgu za nieprzyjacielem wzięły udział także bataliony legionowe Józefa Piłsudskiego. Rosyjski front zaczął się kruszyć. Wkrótce odwrót rozpoczął VIII Korpus, a za nim cała 3. Armia odważnego, lecz pechowego gen. Dimitriewa. Tego samego dnia do ataku przeszły habsburskie armie (1. i 2.) walczące na północ od Krakowa między Wisłą a Pilicą, a 12 grudnia austro-węgierska 3. Armia walcząca w Beskidzie Niskim wyzwoliła szereg miejscowości. Rosyjski pochód na zachód, który - jak się zdawało - zgniecie armię habsburską, został zatrzymany.

Jednak na ostateczne "wyprucie flaków niedźwiedziowi" zabrakło już sił. Wysokie straty, trudny teren i mroźna, śnieżna pogoda uniemożliwiły zamianę odwrotu Rosjan w bezładną ucieczkę. Trzeba także przyznać, że dowódcy carscy szybko opanowali sytuację i przeszli w drugiej połowie grudnia do lokalnych ataków, by ustabilizować front. Doszło wtedy do szeregu zaciętych starć. Podczas czterodniowej bitwy pod Łowczówkiem i Meszną Szlachecką (22-25 grudnia) wyróżnili się ponownie polscy legioniści, którymi dowodził ppłk Kazimierz Sosnkowski. Żołnierze Pierwszej Brygady pięciokrotnie atakowali rosyjskie okopy, odparli 16 szturmów wroga i wzięli do niewoli ponad 600 carskich sołdatów, tracąc jednak 128 poległych (w tym aż 38 oficerów) i 342 rannych.

Ostatecznie zmuszeni zostali do odejścia z tak zaciekle bronionych pozycji, gdy pod naciskiem Rosjan wycofały się oddziały austro-węgierskie na skrzydłach Polaków. Wykrwawiony przeciwnik nie miał już jednak sił, by atakować nadal, co pozwoliło na szybkie odtworzenie linii obronnych i ostateczne zatrzymanie przeciwnika. Bohaterska postawa legionistów w tej bitwie została uhonorowana już w niepodległej Polsce, gdy na warszawskim Grobie Nieznanego Żołnierza pojawiła się tablica z inskrypcją "Łowczówek 24 I 1914".

Marna frontu wschodniego

Operacja krakowsko-limanowska, choć w skali taktycznej nie wydaje się z pozoru szczególnym sukcesem (kosztem straty blisko 1/3 sił atakujących, odzyskano zaledwie kilkudziesięciokilometrowy pas terenu pomiędzy Krakowem a Gorlicami), jednak w wymiarze strategicznym śmiało może zostać porównana do bitwy nad Marną na zachodzie. Podobnie jak tamta słynna batalia, grudniowe walki w Galicji Zachodniej rozstrzygnęły bowiem o bezpowrotnej utracie inicjatywy przez nacierających. Tym samym, nie mógł zostać spełniony podstawowy cel kampanii - szybkie zmiażdżenie oporu przeciwnika, zwycięskie zakończenie wojny, rozbiór monarchii naddunajskiej i rozszerzenie rosyjskiego samodzierżawia na Europę Środkową i Bałkany, zgodnie z programem "zbierania ziem słowiańskich".

Było to zatem także polskie zwycięstwo. W aspekcie polityczno-strategicznym ocaliło południowe i zachodnie obszary przedrozbiorowej Rzeczypospolitej przed godnym pożałowania losem "kraju przywiślańskiego" i kresowych ziem zabranych. Na płaszczyźnie militarnej natomiast swoją waleczność zademonstrowały Legiony Polskie, zalążek sił zbrojnych odrodzonej Ojczyzny. Walcząc wraz z rodakami służącymi w szeregach armii habsburskiej (garnizon krakowski, liczne bataliony i pułki galicyjskie w składzie armii polowych) oraz niemieckiej (z pułków wielkopolskich) stawali jednak wielokrotnie przeciwko rodakom, którzy powołani zostali do służby pod carskimi sztandarami.

Przypomina o tym opisane przez Józefa Piłsudskiego zdarzenie z walk pod Limanową: "Do plebanii jurkowskiej przyprowadzono mi wziętych jeńców na przesłuchanie. Jeden z nich był całkiem zdrów, drugi leżał na wozie napełnionym słomą, z przestrzeloną piersią. Podoficer, który ich przyprowadził, zameldował mi przy tym: Obaj są z Litwy, tak jak obywatel komendant! Istotnie! Ten, który wyszedł cało, był chłopem spod Grodna. Na razie przy badaniu próbował żołnierskich sakramentalnych słów: tak toczno, nikak niet, wasze prewoschoditielstwo. Lecz wkrótce, gdym zaczął mówić po polsku z białoruska, stopniała w nim ta powłoka, zaczął mi mówić po swojemu, kłaniając się i tytułując, jak Pan Bóg przykazał na wsi litewskiej: Panoczku. Dowiedziałem się od niego, że za przełęczą stoi cały pułk huzarów, na który natychmiast kazałem otworzyć ogień z dział. Na pożegnanie mój rodak dostał herbaty i papierosów i żegnając się niech będzie pochwalony Jezus Chrystus dodał: Panoczku, a ten drugi, unteroficyr, znaczy się także hrodnieński, ale z obywatelów, nie prosty. Zbliżyłem się do rannego. Na wozie leżał młody, przystojny chłopiec o kulturalnych rysach twarzy. Możecie mówić? - zapytałem. Mogę - odpowiedział. Żołnierze mi mówili, że pan także z Litwy, czy prawda? Tak, jestem z Litwy, z wileńskiego. Ja z grodzieńskiego, nazwisko moje Stetkiewicz; wolno wiedzieć, jak pan się nazywa? Piłsudski. Miałem w gimnazjum w Wilnie kolegów Stetkiewiczów. Krewni - odrzekł z cicha. Łzy mu się zakręciły w oczach, szarpnął swój płaszcz i zakrył nim twarz całą. Rana nie była lekka, ranny już gorączkował. Kazałem go natychmiast wyprawić do szpitala. Przeklęte skutki niewoli!

Znam z opowiadań tylko jeszcze jeden wypadek zetknięcia się naszego z Polakami ubranymi we wrogie nam mundury. Prowadzono kolumnę jeńców rosyjskich. Moi chłopcy stali przy drodze i gapili się na nich, czyniąc mniej czy więcej dowcipne uwagi. I nagle z kolumny rozległ się głos do nas: Stasiu, smarkaczu jeden! Co ty tu robisz? Okazało się, że jednym z jeńców był rodzony ojciec naszego młodego żołnierza".

Świadkami tych zaciętych walk z grudnia 1914 roku pozostają rozsiane w Małopolsce cmentarze wojenne i nieliczne pomniki. Po wieloletnim zaniedbaniu wiele z nich odzyskało choć w części dawny wygląd. Miejmy nadzieję, że uda ocalić się także pozostałe, bowiem stosunek do grobów poległych jest miarą kultury i dojrzałości społeczeństwa.

Piotr Galik

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama