Reklama

Święta wojna Wikingów

Za straszliwymi najazdami, które od IX wieku pustoszyły Brytanię oraz zachodnią część Europy, stała nie tylko żądza zysków. Ich celem była krwawa eksterminacja ludności wyznającej chrześcijaństwo – religię uwłaczającą godności prawdziwego wikinga.

Jękliwy głos dzwonu dobiegł do uszu mieszkańców osady i wprawił ich serca w drżenie. Czasu było niewiele! Długie łodzie najeźdźców właśnie ukazały się na horyzoncie, a to oznaczało, że pozostało zaledwie pół godziny, zanim zdobione głowami smoków dzioby drakkarów wryją się w piasek plaży.

Reklama

Owce oraz krowy trzeba było przegnać do lasu, a potem przygotować się do walki. Ksiądz zwołał kobiety i dzieci do murowanego kościoła, gdzie miały – bezpieczne od pogańskich ciosów – modlić się o ocalenie. Na próżno...

Większość ich mężów, synów i ojców poległa już w pierwszym starciu, zmieciona przez wysypujących się z okrętów brodatych napastników zbrojnych w tarcze, potężne młoty oraz topory.

Ludzie Północy nie znali litości. Gdy zbryzgani krwią przeciwników podeszli pod wejście świątyni, dowodzący nimi olbrzymi wojownik dał znak, by zebrać słomę i drewno do podpalenia budynku. Potem uśmiechnął się szeroko: chrześcijańscy głupcy znów sami oddali się w jego ręce.

Po godzinie wypłoszone ogniem kobiety i starsze dzieci spętano, a następnie przetransportowano na pokłady statków. Młodsze zabito. Odyn i Thor jeszcze raz udowodnili swoją wyższość nad tchórzliwym bogiem Brytyjczyków!

Najeźdźcy z Midgardu

Kronika anglosaska podaje, że najazd wikingów w 793 roku poprzedziły nadzwyczajne zjawiska pogodowe: niezwykle silny wiatr i obfitujące w błyskawice burze.

Jak się okazało, znaki te były zapowiedzią nie pojedynczego ataku, lecz całej serii okrutnych gwałtów, grabieży i wojen, których przez ponad trzy wieki miały doświadczać chrześcijańskie ziemie basenu Morza Północnego.

Historycy do dziś stawiają sobie pytanie: dlaczego właśnie ten kierunek okazał się tak atrakcyjny dla germańskich plemion ze Skandynawii? I jak to się stało, że w końcu agresorzy ulegli asymilacji, w dużej mierze stając się przodkami dzisiejszych Anglików i mieszkańców Normandii?

Wiele wskazuje na to, że ów konflikt miał podłoże religijne; przez islamistów zostałby nazwany dżihadem – świętą wojną... Ale jak do niego doszło?

Świat wikingów – wojowników oraz żeglarzy zamieszkujących obszary dzisiejszej Danii, Szwecji, Norwegii, a z czasem także Islandii, Grenlandii i Wielkiej Brytanii – był w sferze wierzeń mocno zhierarchizowany. Można go zobrazować jako dysk złożony z wyraźnie zaznaczonych trzech głównych obszarów.

W jego centrum leżał Asgard: kraina bogów, Asów, którym przewodził Odyn prowadzący mężów do boju na ośmionogim rumaku Sleipnirze. Dalej rozciągał się Midgard, zasiedlony przez istoty ludzkie. Na obrzeżach zaś, oddzielony morzem, w kłębach mgły krył się Utgard – królestwo olbrzymów i innych fantastycznych stworzeń.

Według mitologii skandynawskiej dzieje świata to historia nieustannej walki między siłami chaosu, reprezentowanymi przez wielkoludy, a bóstwami. Ludzie stali się sprzymierzeńcami tych ostatnich, dlatego podczas decydującej bitwy w dniu Ragnarök będą musieli ich wesprzeć...

W tym ostatecznym starciu wezmą udział tylko najodważniejsi wojowie, którzy polegli w boju i zostali uniesieni przez boginie (zwane walkiriami) do Asgardu. To właśnie tam, zabijając czas na ucztach i łowach, oczekują wielkiej wojny z olbrzymami, po której nastąpi koniec obecnego świata i narodziny nowego – wolnego od nieszczęść i przemocy.

Bohaterskie czyny bogów i ludzi były opiewane w pieśniach oraz sagach, nie pozostawiając wątpliwości co do tego, że wczesnośredniowieczni Skandynawowie kultywowali etos walki, rywalizacji oraz podporządkowywania sobie innych. W ich wyobrażeniach nie było miejsca dla „pacyfistów” i „słabeuszy”.

Nie byli jednak szaleńcami – nie przelewali krwi, gdy nie musieli. Na wschodzie Europy oferowali swe zbrojne usługi słowiańskim władcom Rusi, co w konsekwencji doprowadziło do powstania na poły wikińskiej dynastii Rurykowiczów panującej tam do początków XVII wieku.

Z plemionami polskimi prowadzili zaś wymianę handlową, raczej kupując niewolników niż porywając ich siłą. Wielu naszych przodków wyruszało z wojownikami Północy na wspólne wyprawy, a założony na Wolinie gród Jomsborg stał się ważną osadą handlową i portem dla przybyszów zza Morza Bałtyckiego. Co zatem wydarzyło się na zachodzie Europy?

Dżihad ludzi Północy

Większość historyków jest zgodna co do tego, że w średniowieczu uboga Skandynawia z coraz większym trudem mogła wyżywić zamieszkującą ją ludność.

„Upowszechnienie się użycia żelaza (…) stopniowo umożliwiło intensywniejszą uprawę roli. To, z kolei, pozwoliło na rozwój demograficzny, co z czasem doprowadziło do przeludnienia w stosunku do ograniczonych zasobów naturalnych tych ziem. Jednocześnie postęp techniczny w sztuce budowania okrętów, dzięki któremu powstały jednostki zachwycające elegancją i wytrzymałością konstrukcji, (…) ułatwił eksplorację obszarów leżących po drugiej stronie Morza Północnego, a nawet Atlantyku” – pisał brytyjski historyk ­Richard Fletcher.

I trudno jego słowom odmówić słuszności. Dlaczego jednak najeźdźcy w charakterystycznych smoczych łodziach tak okrutnie obeszli się z mieszkańcami basenu Morza Północnego, jednocześnie prowadząc zdecydowanie bardziej pokojową ekspansję w rejonie Bałtyku?

Odpowiedź na to pytanie jest prosta: ówcześni Słowianie wciąż jeszcze byli poganami, a panteon ich bóstw przypominał skandynawskich Asów, natomiast mieszkańcy Brytanii oraz imperium karolińskiego w zdecydowanej większości wyznawali chrześcijaństwo! Prawdopodobnie już pod koniec VIII wieku wikingowie założyli pierwszą bazę wypadową na północy Wysp Brytyjskich.

Szybko stało się dla nich jasne, że trafili na ziemie wprost stworzone do tego, by je łupić: miasta i wsie były zasobne w rozmaite dobra, których najwięcej znajdowało się – jakby ku wygodzie rabujących – w miejscach kultu zwanych kościołami oraz klasztorami, strzeżonych przez mężczyzn nieuzbrojonych i pozwalających się bez oporu zabijać.

Aby schwytać jak najwięcej niewolników, trzeba było dokonać napaści w dzień określany niedzielą, kiedy mieszkańcy osady gromadzili się w świątyni. Tam też zazwyczaj należało szukać wszystkich próbujących przeżyć.

Budynek wystarczyło podpalić. Odyn najwyraźniej wydał w ich ręce czcicieli „gorszego boga”, którzy nie potrafili walczyć, a na dodatek brakowało im dumnej, wojowniczej natury – woleli modlić się i płakać niż mężnie ginąć z bronią w ręku... Bo i jacyż mieli się okazać ludzie oddający cześć Chrystusowi – komuś, kto nakazał, aby przeciwnikom „nadstawiać drugi policzek”, i dobrowolnie poddał się wyrokowi hańbiącej śmierci?

Taka postawa mogła obudzić w bitnych wikingach tylko jedno uczucie: pogardę. A ta zaowocowała wypowiedzeniem „świętej wojny” wszystkim chrześcijanom. Zwłaszcza że okazała się ona intratnym, choć ryzykownym, sposobem na życie – przynoszącym szybkie i duże zyski. Rozpoczęła się kilkuwiekowa zawierucha, której efektów nikt nie mógł wówczas przewidzieć...

Trzystuletnia wojna

Wydarzenia, do jakich potem doszło, średniowieczni kronikarze opisują ze zgrozą. Krwawe napaści, rzezie, uprowadzenia i bezczeszczenie kościołów oraz relikwii stały się niemal codziennością.

Począwszy od lat 30. IX wieku łodzie wikingów coraz głębiej zapuszczały się w ujścia rzek w Brytanii, Francji oraz Fryzji. Najeźdźców wyprzedzała zła sława okrutników, którzy żywią się – zakazanym dla chrześcijan – końskim mięsem, a pojmanych jeńców torturują w barbarzyński sposób.

Była to prawda: ludzie Północy jadali koninę podczas religijnych obrządków, a w brutalności z pewnością nie ustępowali władcom chrześcijańskim.

Historyk zwany Saxo Gramatykiem zapisał w 867 roku, iż po ataku na York wikingowie pojmali króla Aelę i wykroili mu „krwawego orła, radując się, że w chwili upadku ich najzacieklejszego wroga piętnują go symbolem najokrutniejszego z ptaków”.

Czego dotyczy ta enigmatyczna wzmianka? Zabiegu polegającego na odrąbaniu żeber od kręgosłupa i wyciągnięciu płuc na plecy ­nieszczęśnika przez powstałe otwory. Była to ofiara poświęcona Odynowi.

W roku 845 drakkary Skandynawów zagroziły Paryżowi. Miastu udało się wtedy uchronić przed zniszczeniem po zapłaceniu tzw. danegeldu – haraczu w zamian za odstąpienie od najazdu. Wkrótce stało się to powszechnie stosowanym sposobem unikania walki z wikingami, prowadząc do ich szybkiego wzbogacenia.

Ale takie rozwiązanie miało również ciemną stronę. Otóż rozbudziło apetyt najeźdźców. Czterdzieści lat później doszło więc do kolejnego wielkiego oblężenia późniejszej stolicy Francji.

Jak pisał mnich Abbo: „Strzały sypały się ze wszystkich stron i krew się lała. Razem ze strzałami nadlatywały kamienie miotane przez proce i machiny wojenne; powietrze było ich pełne. Wieża, którą wzniesiono przez noc, trzeszczała pod uderzeniami, całe miasto dygotało od walki, mieszkańcy biegali w tę i we w tę. (…) Wśród nich dwóch, hrabia i opat, przewyższali wszystkich męstwem. Pierwszym z nich był budzący postrach Odon (…). Biegał wzdłuż blanków i odpierał kolejne fale wrogów. Na tych, którzy podkradli się, by podkopać fundamenty wieży, kazał lać olej, wosk i smołę, które po zmieszaniu razem i podgrzaniu parzyły Duńczyków i zrywały im skórę z głowy”.

Walki trwały jeszcze prawie rok, ale w obliczu nadciągającej odsieczy Skandynawowie zadowolili się marną sumą 700 funtów srebra. Być może właśnie wtedy chrześcijańscy możnowładcy doszli do wniosku, że z wikingami nie da się wygrać w boju, ale można z nich uczynić opłacanych przez siebie... wasali.

Za pieniądze Franków

W IX wieku, po zalaniu Brytanii przez tzw. Wielką Armię Pogan, która przystąpiła do niespotykanej dotąd dewastacji podbitych przez siebie ziem, co rozsądniejsi zdali sobie sprawę, że należy szukać innej drogi powstrzymania ich morderczych zapędów.

Po latach wojen i nietrwałych rozejmów na wyspach zaczęły tworzyć się niezależne państewka rządzone przez normańskich władców, szukających także przyczółków na kontynencie.

Pierwszym „eksperymentem”, który dowiódł, że nieokiełznany dotąd żywioł zza morza da się ujarzmić, było ustanowienie przez Karola III Prostaka w północnej Francji królewskiego namiestnika – w randze hrabiego zarządzał on ziemiami nazwanymi później Normandią. Został nim… wiking o imieniu Rollo.

Do dziś przetrwało wiele relacji kronikarskich opisujących lata jego panowania. Wiele z nich to anegdoty wyśmiewające brak obycia i grubiańskie obyczaje wojownika. „Jak barwnie opisuje Dudo, Rollonowi zasugerowano, że jako wasal Karola powinien ucałować stopę króla. Rollo obruszył się i powiedział: »Nigdy przed nikim nie uklęknę i nikogo nie pocałuję w stopę«.

Ostatecznie kazał jednemu z przybocznych, by zrobił to za niego. Wyznaczony mężczyzna wystąpił, ujął stopę króla i podniósł ją sobie do ust, nie próbując się pokłonić. W efekcie król wywrócił się na plecy, co wywołało »gromki śmiech i krzyki protestu wśród zebranych osób«” – przytacza autor książki Młot i krzyż. Nowa historia wikingów, Robert Ferguson.

Ludzie Północy powoli zaczęli się „cywilizować”. Jednak trzeba było jeszcze wielu lat, żeby rzeczywiście złożyli broń i uklękli – przed tak pogardzanym przez nich Jezusem Chrystusem, który umarł przecież śmiercią ­niegodną wojownika...

Ile razy można ochrzcić wikinga?

Jak się okazuje, to pytanie nie jest pozbawione sensu. Co prawda wśród skandynawskich najeźdźców już w IX wieku odnotowuje się pojedyncze nawrócenia na chrześcijaństwo, a nawet powołania, lecz zasadniczo przez całe stulecia opierali się oni „niemęskiej” i wyśmiewanej przez siebie religii.

Długo szukano sposobów dotarcia do ich pogańskich dusz, przekonując choćby, że rękojeść miecza to nic innego jak znak krzyża. Jedynym efektem tych zabiegów było osiągnięcie w niektórych przypadkach czegoś w rodzaju lichego kompromisu. Wynikał on z bardzo – jakbyśmy to dzisiaj nazwali – pragmatycznego stosunku wojowników z Północy do oferowanego im wyznania.

Kronikarz cesarza Ludwika I Pobożnego, Notker, opisuje, że wszyscy ściągający na dwór pogańscy Duńczycy, którzy godzili się na chrzest, otrzymywali piękną białą szatę i liczne prezenty. „Rok w rok pojawiało się ich coraz więcej, nie w imię Chrystusa, ale dla przyziemnych korzyści. (…) Któregoś dnia przybyło ich aż pięćdziesięciu”.

Pewnego razu, gdy zabrakło kosztownych ubrań, władca kazał je uszyć ze starych koszul. Jeden z „nawróconych” – otrzymawszy taki strój – przyjrzał mu się podejrzliwie, a następnie poskarżył cesarzowi, że przechodził całą procedurę chrztu już ponad dwadzieścia razy i zawsze dostawał wyśmienite odzienie.

Tym razem jednak obrażono jego godność wojownika i nie chce ani starych szmat, ani więcej słyszeć o Chrystusie! Dopiero przyjęcie nowej wiary przez monarchów w Danii i Norwegii oraz wstąpienie na tron angielski w 1016 roku syna Swena Widłobrodego, Kanuta Wielkiego, który utworzył na wyspach chrześcijańskie państwo Anglosasów i Skandynawów, doprowadziło do powolnego zakończenia konfliktu na tle religijnym.

Czy stało się tak dlatego, iż w żyłach tego ostatniego – syna Świętosławy, wnuka Mieszka I – obok wikińskiej płynęła krew polskich Piastów? Historia milczy na ten temat...

Jacek Skawiński

Konsultacja naukowa: dr Igor Wypijewski, Uniwersytet Wrocławski

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama