Katarzyna Pruszkowska: Jak wyglądało życie codzienne w Łodzi zanim stała się najbardziej znanym na ziemiach polskich ośrodkiem włókiennictwa?
Marcin Gawryszczak: - Choć na początku XIX wieku Łódź świętowała 400-lecie nadania praw miejskich, miastem była tylko z nazwy. W 1820 roku w drewnianych chatach mieszkało w niej 767 osób, które zajmowały się głównie rolnictwem. Można powiedzieć, że to było takie zwykłe miasteczko, zagubione gdzieś w puszczy, na trasie handlowej z Piotrkowa do Łęczycy, bez żadnych specjalnych perspektyw. Wszystko zaczęło się zmieniać po rozbiorach - Łódź najpierw trafiła do zaboru pruskiego, potem Księstwa Warszawskiego, w wreszcie - Królestwa Polskiego (połączone unią personalną z Imperium Rosyjskim, utworzone w 1815 roku - przyp. red.). Na skutek tego podziału Królestwo zostało w zasadzie bez przemysłu, także włókienniczego - bo dwa jego wcześniejsze główne ośrodki, czyli Małopolska i Wielkopolska, zostały przyłączone odpowiednio do Prus i Austrii. Władze nie miały więc wyjścia i wytypowały pięć miast, które miały się stać ośrodkami fabrycznymi - Dąbie, Przedecz, Gostynin, Zgierz i Łódź. Dziś już wiemy, że w przypadku trzech pierwszych miasteczek się nie udało; w Zgierzu poszło całkiem nieźle, ale to właśnie Łódź rozwinęła się najbardziej.
Dlaczego powiodło się właśnie tam?
- To była decyzja polityczna, ale dość dobrze przemyślana. Przede wszystkim dzięki wcześniejszej sekularyzacji dóbr kościelnych, dokonanej, kiedy na tych terenach rządzili Prusacy, rząd dysponował terenami, które można było przeznaczyć pod budowę. Położenie miasta też było bardzo korzystne - bliskość puszczy gwarantowała niemal nieograniczone dostawy drewna, które były głównym budulcem, a dostępność rzek - wody, niezbędnej do pracy każdej fabryki, ponieważ w tamtych czasach jako napędu używano jeszcze koła wodnego. To były główne czynniki, które przesądziły o wyborze Łodzi i o tym, że postawiono na rozwój przemysłu włókienniczego, przede wszystkim bawełnianego.
Kiedy do Łodzi zaczęli przybywać pierwsi inwestorzy i robotnicy?
- Już w latach 20. XIX wieku przybywali tu imigranci z terenów Dolnego Śląska, Wielkopolski i Saksonii. Byli to fachowcy, którzy dobrze się znali na produkcji włókienniczej. Państwo przyjmowało ich z otwartymi ramionami - dostawali działki, budulec, zwolnienie z wojska i - na pewien czas - z podatków. W zamian mieli uruchomić produkcję i zobowiązać się do jej utrzymywania na określonym poziomie. Jednymi z pierwszych takich fachowców byli Karol Saeenger z dzisiejszej Chodzieży (dawniej tereny Prus - przyp. red.), farbiarz, Krystian Wendisch, Karol Moos, Christian Rundzicher. Dziś niewiele osób kojarzy te nazwiska, bo też nie wszystkim z tych pionierów udało się odnieść sukces. Na przykład wspomniany Wendisch, któremu władze zezwoliły na otwarcie przędzalni bawełny, zapożyczył się i wybudował bardzo nowoczesną fabrykę, napędzaną kołem wodnym. Jak tylko prace się skończyły, przyszła wielka powódź i woda zniszczyła całą inwestycję, a 44-letni Wendisch dostał ataku serca i zmarł.
- Pierwszym fabrykantem, który przyjechał do Łodzi i odniósł w niej sukces, był Ludwik Geyer. Jego ojciec, który miał w Saksonii fabrykę włókienniczą, wysłał syna do szkoły technicznej w Berlinie, więc Ludwik miał przygotowanie i teoretyczne, i praktyczne. W 1828 roku skończył załatwiać formalności i rozpoczął produkcję. Zaczynał skromnie, ale trzeba przyznać, że miał głowę do interesów - wynegocjował zmniejszenie cła na sprowadzaną przez siebie bawełnę; następnie dawał ją do przerobienia na tkaninę tkaczkom i rękodzielniczkom, którym płacił marne grosze. Potem on te perkale (dziś: drukowane tkaniny bawełniane o wysokiej jakości - przyp. red.) wprowadzał do obrotu. Kiedy biznes się rozkręcił, zainwestował w maszynę do drukowania tkanin napędzaną kieratem (siłą zwierząt - przyp. red.), co jeszcze bardziej zwiększyło wydajność produkcji i zmniejszyło koszty. Geyer swój sukces zawdzięczał jednak nie tylko umiejętnościom, ale i szczęściu.

Dlaczego?
- Ponieważ od początku produkował wyłącznie bawełnę, choć w tamtym czasie popularna była także obróbka wełny. W 1830 roku, kiedy Łódź dopiero zaczynała się rozwijać, położony nieopodal Zgierz radził sobie znacznie lepiej - właśnie dzięki produkcji sukienniczej, czyli wełnianej. Głównym odbiorcą towarów była Armia Królestwa Polskiego. Jednak po powstaniu listopadowym armia została zlikwidowana, co w perspektywie doprowadziło do upadku przemysłu włókienniczego na tym terenie. Tymczasem Geyer radził sobie znakomicie, bo produkował tkaniny potrzebne zwykłym obywatelom; miał zbyt i zyski. Już w 1835 roku było go stać na wzięcie kredytu w Banku Polskim na rozbudowę fabryki, a cztery lata później kupił maszynę parową. To było wyzwanie nie tylko finansowe, ale i logistyczne - najpierw maszyna przypłynęła z Antwerpii do Gdańska, stamtąd Wisłą do Nieszawy, a stamtąd przyciągnięto ją na wozach zaprzężonych w woły.
Kiedy maszyna już stała, Geyer musiał znaleźć ludzi, którzy potrafili ją obsługiwać - w Łodzi nikogo takiego oczywiście nie było, więc ściągał fachowców z zagranicy, a oni później szkolili lokalnych pracowników. Uruchomienie maszyny parowej i budowa kominów były takim symbolicznym momentem, uznawanym za początek prawdziwego przemysły w Łodzi - przemysł uniezależnił się powiem od sił natury i zwierząt, a zaczął być samowystarczalny. Nawiasem mówiąc budynek fabryki, o której rozmawiamy, jest dziś siedzibą Centralnego Muzeum Włókiennictwa w Łodzi, w którym teraz się znajduję.
Jak rozwój włókiennictwa wpłynął na rozwój samego miasta?
- Wcześniej powiedziałem, że w 1820 roku w Łodzi mieszkało 767 osób. Niecałe sto lat później, w 1914 roku, było ich już prawie 600 tysięcy. To wzrost nieporównywalny z żadnym ówczesnym europejskim miastem. Jednak rozwój przemysłu i miasta nie szedł w parze. Na przykład Łódź była pierwszym miastem w Królestwie Polskim, w którym uruchomiono elektryczne tramwaje (w 1898 - przyp. red.), ale do wybuchu I wojny światowej nie mieliśmy tu wodociągów ani kanalizacji. Dlaczego? Bo tramwaje były potrzebne do transportu ludzi do pracy i towarów do fabryk, a wodociągi nie. Z tego powodu warunki higieniczne w mieście były, mówiąc eufemistycznie, trudne - wszystko to, co dziś płynie w rurach kanalizacyjnych, wtedy płynęło rynsztokami ulic do rzek. Jeśli chodzi o zabudowę, rozwój miasta z pozoru mógł wydawać się dynamiczny, bo nowe budynki stawiano w dość przemyślany i skoordynowany sposób, z siatką ulic położoną prostopadle. Jednak kamienice, które budowano, były czasem marnej jakości, bez fundamentów, byleby szybciej. To dziś, w połączeniu z trudnymi warunkami geologicznymi, stanowi dla miasta ogromny problem, bo trudno pod Łodzią wykopać jakikolwiek tunel.

Domyślam się, że warunki lokalowe również pozostawiały wiele do życzenia?
- Zgadza się. Mieszkania były bardzo małe, a większość z nich miało tylko jedną izbę, która pełniła funkcję pokoju dziennego, sypialni, kuchni i łazienki jednocześnie. Zazwyczaj w takich lokalach mieszkało wiele osób, bo rodziny były wielopokoleniowe - a więc starsi rodzice, ich dorosłe dzieci i wnuki. Płace w fabrykach były bardzo niskie, więc ludzi nie było stać na nic lepszego; nie mieli też żadnych perspektyw na poprawę swojego losu, bo fabrykanci niechętnie podnosili wynagrodzenia. Oczywiście oni sami mieszkali w okazałych willach czy pałacach, które do dziś dnia stoją w Łodzi. Jest ich ponad 200 - i w większości zachowały się w całkiem niezłym stanie, więc można na własne oczy zobaczyć, przynajmniej z zewnątrz, przepych, który był codziennością właścicieli fabryk.
- Żeby jednak oddać sprawiedliwość przynajmniej niektórym z nich, muszę powiedzieć, że podejmowano pewne próby poprawy losu robotników. Na przykład Karol Wilhelm Scheibler, nazywany w mieście "królem bawełny", w latach 60. XIX wieku wybudował na Księżym Młynie (zespole fabryk włókienniczych - przyp. red.) osiedle robotnicze dla swoich pracowników. Wtedy to było coś - budynek był murowany, widny, z mieszkaniami różnej wielkości, położony blisko fabryki. Oczywiście nie wszyscy robotnicy mogli w nim zamieszkać - był przeznaczony dla kadry kierowniczej i zasłużonych pracowników, którzy mieli długi staż pracy lub nieprzeciętne wyniki, bo w fabrykach pracowano na akord. Dla kontrastu dodam, że wówczas popularne było zjawisko "kątowników" czyli ludzi, którzy za niewielką opłatą wynajmowali "kąt" w pomieszczeniu - niewielki siennik, na którym mogli się przespać, a rano znowu wyjść do pracy.
Pomówmy zatem o pracownikach fabryk. Zdaje się, że w przemyśle włókienniczym pracowały przede wszystkim kobiety?
- Rzeczywiście, na przędzalniach i tkalniach nawet 70 proc. załogi stanowiły kobiety, co wynikało z dwóch powodów. Po pierwsze, warunki życia na wsi były w tamtym czasie naprawdę trudne, a dla wielu kobiet przeprowadzka do miasta była jedną szansą, by uciec przed głodem i nędzą. W miastach rzeczywiście był popyt na służące. Drugą opcją dla niewykształconej kobiety stanowiła właśnie praca w fabryce, do której stosunkowo łatwo i szybko można było się przyuczyć. Po drugie, fabrykanci chętnie zatrudniali kobiety, ponieważ płacili im znacznie mniej niż mężczyznom - zarabiały ok. połowy ich wynagrodzenia. Dla przedsiębiorcy był to więc czysty zysk. Mimo tego, że w fabrykach dominowały kobiety, bardzo rzadko, jeśli w ogóle, pracowały na wyższych stanowiskach i miały jakikolwiek wpływ na warunki pracy. Nawiasem mówiąc, do dziś w Łodzi jest "kłopot" demograficzny - mianowicie, z danych za 2018 rok wynika, że w mieście żyje o 50 tys. więcej kobiet niż mężczyzn.

Wspomniał pan o warunkach pracy - może pan opowiedzieć, na co najbardziej uskarżały się osoby zatrudnione w fabrykach?
- Zacznijmy od czasu pracy, który w XIX wieku był bardzo długi - zmiany trwały od 14 do 16 godzin. Paz pierwszy udało się je skrócić w 1905 roku, po wybuchu Rewolucji 1905 r. - wtedy pracowano po 10 godzin. Po raz drugi - w 1918 roku, kiedy to marszałek Józef Piłsudski wprowadził 8 godzinny czas pracy i 46 godzinny tydzień pracy, z pięcioma dniami po 8 godzin i sobotą, kiedy pracowano 6 godzin. Poza tym pracowano na akord, a kobiety, które obsługiwały krosna, nie potrafiły ich naprawiać. Kiedy więc zdarzyła się awaria, pracownica nie wiedziała, kiedy dokładnie zjawi się fachowiec i naprawi urządzenie - czyli była stratna. Podobnie w przypadku jakichkolwiek błędów przy pracy, które prowadziły do powstania towaru drugiej kategorii - za nie również obciążano tkaczkę.
- Drugim czynnikiem, który znacząco utrudniał pracę w fabryce, było natężenie hałasu. W muzeum mamy sprawne krosno z końca XIX wieku, które uruchamiamy dla zwiedzających - to ok. 80 decybeli (można to porównać do płaczu dziecka, dzwonka telefonu, odgłosów ruchliwej ulicy - przyp. red.). Na sali fabrycznej takich krosen było kilkadziesiąt lub kilkaset, co dawało takie natężenie dźwięku jak lądujący helikopter. Oczywiście wtedy nikt nawet nie myślał o jakichś zasadach BHP, nie było słuchawek wygłuszających. Wiemy z opowieści, że pracownicy radzili sobie, wtykając do uszu zrolowane kłębki kurzu bawełnianego, który powstaje podczas produkcji tkanin.
- Trzecią rzeczą, która pojawia się w opowieściach, jest zapylenie. Wspomniany kurz bawełniany, który unosił się w powietrzu i osadzał na maszynach, był łatwopalny. Żeby zniwelować zagrożenie, sztucznie podnoszono więc wilgoć. A ponieważ pracujące maszyny wydzielały sporo ciepła, na halach produkcyjnych było gorąco i wilgotno. Pył osadzał się oczywiście nie tylko na powierzchniach, ale także w płucach, co prowadziło do występowania choroby zwanej pylicą płuc. Momentami wybiegam w naszej rozmowie do przodu, ale dosłownie w ubiegłym miesiącu czytałem nowe dane na temat przewidywanej średniej długości życia w Polsce, z których wynika, że dla Łodzi jest ona o dwa lata krótsza niż średnia w Polsce. Uważam, że istotny wpływ miały na to właśnie warunki panujące przez lata w fabrykach.

Czy osoby pracujące w fabrykach próbowały walczyć o lepsze warunki pracy?
- Oczywiście, historia protestów czy strajków w Łodzi jest dość dobrze udokumentowana. Po raz pierwszy pracownicy zastrajkowali już w 1861 roku - buntowali się wówczas przeciwko rozwojowi technologicznemu i wprowadzaniu mechanizacji. Bali się oczywiście utraty miejsc pracy, bo przy krośnie ręcznym pracuje jeden tkacz - tak samo, jak przy pięciu mechanicznych. Podczas strajku niszczono nawet maszyny. Pierwszy strajki, który przyniósł realne zmiany, odbył się dokładnie 120 lat temu, podczas Rewolucji 1905 r. Dziś powiedzielibyśmy, że był poświęcony właśnie prawom socjalnym, jak skrócenie czasu pracy. Warunki pracy w fabrykach, poprawiały się stopniowo, choć zawsze były to raczej zmiany niewielkie. Dopiero lata powojenne przyniosły pierwsze porządne modernizacje, budowę szatni, przerwy na posiłki. W okresie PRL było wiele mniejszych strajków, przeważnie dotyczących zwiększania norm i budowaniu współzawodnictwa między pracownikami. Ważnym strajkiem był ten z lutego 1971 roku.
- Strajk ten miał dwa powody - pierwszym było podniesienie cen żywności z grudnia 1970 roku, drugim - obniżenie styczniowych pensji włókniarek, co było efektem zmian w systemie przeliczania wypłat. Nałożyły się na to trudne warunki w pracy, brak modernizacji fabryk, niewiele rządowych inwestycji w mieście. Włókniarki odeszły od maszyn, a w szczytowym momencie strajkowało 55 tys. osób, w większości kobiet. Pracownice nie wróciły do domów i okupowały fabryki. To było dla władzy i zaskoczenie, i ogromny problem, bo co innego, kiedy strajkują mężczyźni, a co innego, kiedy kobiety - nowa ekipa Gierka nie chciała używać wobec nich siły, więc zdecydowano i przystąpieniu do rozmów. Negocjacje odbywały się w Poltexie - zakładach przemysłu bawełnianego im. Marchlewskiego i w Uniontexie, największej łódzkiej fabryce. Nie zachowały się żadne zdjęcia ani nagrania, ale wiemy, że przebieg rozmów był dramatyczny.
- Delegatów posadzono na środku hali, dokładnie w miejscu, na które kapało z uszkodzonego dachu. Wokół zebrały się setki kobiet, które na hasło "Pomożecie?", nie wcale miały zamiaru odpowiadać "Pomożemy!". Zamiast tego opowiadały o kiepskich warunkach pracy, śrubowaniu norm bez jakiejkolwiek modernizacji zakładów - 25 proc. maszyn zostało wyprodukowanych jeszcze przed II wojną światową, co sprawiało, że były bardzo awaryjne i nie pozwalały na produkowanie lepszej jakości towarów. Żaliły się, że kiedy fabryka organizuje wycieczkę, zanim informacja dotrze na halę, nie ma już miejsc, które zajmuje sobie administracja. I że nawet jeśli w sklepie uda im się dostać kiełbasę, ta na drugi dzień jest zielona. Delegaci próbowali tłumaczyć, że to wszystko wina poprzedniej ekipy, że nie mieli pojęcia, że cieszą się ze spotkania, bo wreszcie mają prawdziwy obraz sytuacji. No taka od dawien dawna znana technika pt. "winni są poprzednicy", stosowana do dziś. Prosili o czas na wprowadzenie zmian, a dzieci pracowników będą jeździły samochodami. A kobiety na to swoje: że nie ma szatni, a nawet jak są, to nie ma prysznica; że nie ma gdzie w spokoju zjeść posiłku; że pensje są małe, że wszystko podrożało. No więc delegacja nic nie wskórała i wróciła do Warszawy, żeby pomyśleć, co zrobić z tymi włókniarkami.
Zobacz również:
- Gierek absolutnie nie chciał użyć siły wobec robotników, a już zwłaszcza wobec kobiet, nawet, jeśli nakazałby milicji tylko wyciągnąć je z fabryk. Podniesienie pensji odpadało, bo po włókniarkach po pieniądze zgłosiliby się stoczniowcy, górnicy i hutnicy. Skończyło się więc na tym, że rząd centralny podjął decyzję o cofnięciu grudniowej podwyżki cen - coś, czego nie udało się wywalczyć nawet podczas tragicznych strajków na Wybrzeżu. Poza tym władza wreszcie zauważyła, że nie można dłużej pomijać Łodzi i należy w nią inwestować. Wcześniej uważano, że pieniądze powinny iść do miast, które najbardziej ucierpiały podczas II wojny światowej - Warszawy, Poznania, Gdańska, Wrocławia. A podczas rozmów delegaci na własne oczy zobaczyli, w jakim stanie są łódzkie zakłady pracy i to zaowocowało kilkoma dużymi inwestycjami, które miały miejsce jeszcze w latach 70.
Czy włókniarki kiedykolwiek doczekały się godnych warunków pracy?
- Można powiedzieć, że ten strajk z 1971 roku był początkiem naprawdę dużych zmian. Budowano nowe fabryki, stare modernizowano, te nieopłacalne ze względu na stan burzono, by na ich miejsce postawić inne. Warunki stopniowo się poprawiały, choć np. ostatecznie nie udało się rozwiązać problemu hałasu - po przeprowadzeniu modernizacji tkalni i wyposażeniu ich w nowoczesne krosna, hałas spadł o 2 decybele. Ze wspomnień pracownic wiemy, że w tamtym czasie były już słuchawki, ale niepraktyczne, bo szybko odparzały uszy, więc i tak nikt ich nie nosił. Ostatecznie wszelkie inwestycje ustały w latach 80., bo nie było już na nie pieniędzy w budżecie państwa.
A potem nadszedł rok 1989, który przyniósł ze sobą wiele zmian - także dla włókniarek i całego przemysłu włókienniczego w Łodzi.
- Mogę powiedzieć, że zmiany, które nastąpiły na początku lat 90. były dla mieszkańców Łodzi szokiem; tak ogromnym, że wielu z nich już się z niego nie podniosło. Pierwsze fabryki zaczęły upadać niemal od razu po wprowadzeniu reform gospodarczych z planu Balcerowicza. W lokalnej prasie już 24 marca 1990 roku opublikowano tekst pt. "Pierwsze lekkie bankructwo", który dotyczył Zakładów Przemysłu Wełnianego im. Andrzeja Struga. Po urynkowieniu cen kredytów ich odsetki urosły tak bardzo, że kredyty, wcześniej traktowane jako wsparcie, stały się nieznośnym obciążeniem. Wtedy fabryki padały jedna za drugą - w ciągu trzech lat pracę straciło 100 tys. osób, w większości pracujących w jednej branży. Łódzka socjolog, prof. Wielisława Warzywoda-Kruszyńska, badająca tamte zjawiska właśnie od strony socjologicznej, ustaliła, że jedna bezrobotna osoba wpływała bezpośrednio na trzy inne, tak więc w 700-tysięczym mieście, jakim byłą wtedy Łódź, problem bezrobocia dotknął 300 tys. mieszkańców - niemal połowę. Z raportów przygotowanych po latach przez NIK wynika, że podczas prywatyzacji zakładów popełniano właściwie wszystkie błędy, jakie można było popełnić, łącznie z "ustawianiem" przetargów. Tamtą zawieruchę przetrwały dosłownie pojedyncze zakłady - Ariadna, fabryka nici, Lenora, fabryka pasmanteryjna, Dywilan, fabryka dywanów.

- Zawsze podkreślam, że osoby pracujące w przemyśle włókniarskim pozostawiono samym sobie, nie dostały odpraw ani żadnej innej pomocy. Część z nich wykazała się determinacją, odwagą i kreatywnością, zakładali swoje biznesy, wyjeżdżali, znajdowali zatrudnienie gdzie indziej. Ale wiele osób popadło w stan beznadziei, nie potrafiło odnaleźć się w nowej rzeczywistości i sięgnęło po popularne wówczas remedium na smutki: alkohol. Pamięć o tych wydarzeniach i ból z nimi związany są nadal żywe. Rozmawiałem kiedyś z panią, która pracowała w zakładach włókniarskich. Powiedziała mi, że nie może zmusić się, by wejść do Manufaktury, nowoczesnego centrum handlowego, które powstało w 2006 roku w budynku fabryki Poltex (fabrykę wzniesiono w latach 1872 - 1892; w latach 1971-1993 budynek figurował na liście zabytków - przyp. red.). Opowiadała, że nawet, kiedy przejeżdża w pobliżu tramwajem, odwraca głowę. Myślę, że ten ból wynika właśnie z tego, że ktoś zaczął pracować w latach 70., pracował aż do lat 90., a potem musiał patrzeć nie tylko na upadek i znikanie fabryk, ale kontestowanie PRL-u jako całego systemu. Można sobie wtedy zadać pytanie: to w takim razie jaki sens miało to moje życie, skoro wtedy wszystko było tak złe i już nie z tego nie zostało?
Naprawdę nie zostało? Mam tu na myśli pamięć mieszkańców Łodzi o historii włókiennictwa.
- Po transformacji ludzie mieli inne problemy niż chęć ocalenia pamięci o zakładach. Jednak wydaje mi się, że od 10 lat coś się zmienia - ludzie na powrót zaczynają interesować się historią, w 2018 roku ukazała się znakomita książka pt. "Aleja włókniarek" Marty Madejskiej, nadal żyją osoby, które pracowały w zakładach i mogą opowiedzieć o swojej codzienności - ich świadectwa zbiera np. Łódzkie Stowarzyszenie Inicjatyw Miejskiej Topografii. Do muzeum przychodzi coraz więcej osób, które są zainteresowane włókniarstwem, organizowane są spacery tematyczne, bo na terenie Śródmieścia ślady włókienniczej przeszłości miasta są niemal wszędzie - od kamienic, przez fabryki, na pałacach kończąc. Poza tym jeśli ktoś mieszka w Łodzi od co najmniej trzech pokoleń, jest ogromna szansa, że ktoś z jego rodziny pracował w zakładach przemysłu włókienniczego - a wtedy może mieć świadectwo z pierwszej ręki. Być może więc musiał minąć ten newralgiczny okres transformacji i dorabiania się, żeby móc zwrócić oczy w przeszłość?











