Reklama

​5-dniowy rząd Wincentego Witosa

10 maja 1926 roku po kolejnych nieudanych próbach utworzenia nowego rządu, m. in. przez Władysława Grabskiego, Zygmunta Marka, Aleksandra Skrzyńskiego i Józefa Chacińskiego, prezydent Wojciechowski desygnował nowy centroprawicowy gabinet z Wincentym Witosem na czele. Skład rządu został poddany surowej krytyce przez marszałka Józefa Piłsudskiego.

Rząd Aleksandra Skrzyńskiego nie spełnił pokładanych w nim nadziei. Jego dymisja wywołała nowy kryzys rządowy i polityczny w państwie. Zażegnaniu kryzysu środkami pokojowymi nie sprzyjała ogólna atmosfera polityczna w kraju. W warunkach narastających trudności gospodarczych i rozprzężenia politycznego, odpowiednio jeszcze podsycanych przez propagandę zwalczających się ugrupowań politycznych, narastało w opinii społecznej przekonanie o niewydolności systemu demokracji parlamentarnej i potrzebie zaprowadzenia rządów "silnej ręki".

Ostro rywalizowały o władzę dwa główne obozy: narodowo-demokratyczny oraz piłsudczykowski.  Oskarżały się wzajemnie o przygotowania do zamachu stanu. Powszechnie obawiano się przewrotu ze strony narodowej demokracji, której znaczne odłamy sympatyzowały z faszyzmem włoskim. Faktycznie jednak od dłuższego czasu do ponownego przejęcia władzy sposobił się obóz Józefa Piłsudskiego. Wiedział on jednak, że powrót do władzy nie jest możliwy drogą parlamentarną, bo nie dysponował żadną masową, dobrze zorganizowaną siłą polityczną. Pozostawał zamach stanu. Ale jeszcze się wahał, zwlekał, wyczekiwał na dogodny moment, chciał się odpowiednio przygotować. Wywierał presję na swych tradycyjnych sojuszników, przede wszystkim socjalistów.

Reklama

Nie bez powodu Kazimierz Pużak na XXI kongresie PPS w listopadzie 1928 r. przypomniał, że J. Moraczewski, najbliższy współpracownik Piłsudskiego, zmusił socjalistów do wstąpienia do rządu Skrzyńskiego, argumentując, że "jeśli nie będzie koalicji, to Komendant zrobi zamach stanu. Ustąpiliśmy przed tą groźbą i dla ratowania demokracji na kilka miesięcy utraciliśmy samodzielność". Bezpośrednie przygotowania do przewrotu zbrojnego podjął więc Piłsudski prawdopodobnie jesienią 1925 r. Polegały one głównie na opanowaniu stanowisk dowódczych w wojsku i pozyskaniu przychylności stronnictw lewicy społecznej, które przygotowany przewrót wojskowy traktowały jako prewencyjne uprzedzenie antykonstytucyjnych planów narodowej demokracji.

Przygotowania te weszły w końcową fazę wiosną 1926 r. W przeddzień dymisji ministrów socjalistycznych, 18 kwietnia gen. Gustaw Orlicz-Dreszer postawił oddziały oddane Marszałkowi Piłsudskiemu w stan gotowości bojowej na wypadek zamieszek. Zaś gen. Lucjan Żeligowski zarządził  na 10 maja koncentrację odpowiednio dobranych oddziałów jednostek na poligonie w Rembertowie w celu przeprowadzenia ćwiczeń wojskowych pod dowództwem samego Piłsudskiego. Odbywało się to wszystko pomimo protestów kierownictwa sił zbrojnych. W dodatku nasilono akcję propagandową, w której podnoszono zasługi legionistów i osobiście Józefa Piłsudskiego.

Tymczasem politycy usiłowali zażegnać narastający kryzys rządowy. Po ostatecznym zdymisjonowaniu rządu Skrzyńskiego 5 maja 1926 r., utworzenia nowego gabinetu o charakterze lewicowym podjął się socjalista Zygmunt Marek. Po naradzie jednak we własnym klubie parlamentarnym oraz z przedstawicielami stronnictw ludowych,  NPR i chadecji, postanowił zwrócić się do Marszałka Piłsudskiego z propozycją utworzenia rządu centrowo-lewicowego, zastrzegając sobie rolę organizatora podstawy politycznej nowego gabinetu. Do spotkania doszło 8 maja w godzinach porannych. Marszałek odmówił przyjęcia misji sformowania rządu, argumentując, że interesuje go tylko praca w dziedzinie wojskowej, a nie polityczno-administracyjnej. Chociaż przed spotkaniem, nie znając bliżej zamiarów rozmówcy, nie bez złośliwości zauważał: "Poseł Marek tworzy rząd i chce mnie na ministra. A jutro nas obu obalą w Sejmie i będziemy obaj w stanie dymisji".

Niepowodzenie to nie zraziło posła socjalistycznego. Kontynuował misję utworzenia rządu. Nie zdołał jednak pozyskać przychylności PSL "Piast" i Chrześcijańskiej Demokracji, które w dziedzinie socjalno-gospodarczej stawiały warunki niemożliwe do przyjęcia przez stronnictwa lewicy parlamentarnej. W tej sytuacji zrezygnował z dalszych pertraktacji.

W zabiegach o utworzenie rządu nie ustawały również ugrupowania centrowo-prawicowe. Gabinet mieli sformować kolejno Władysław Grabski i Józef Chaciński. Ostatecznie zadania tego podjął się Wincenty Witos i 10 maja powstał rząd centrowo-prawicowy z udziałem narodowych demokratów, chrześcijańskich demokratów, NPR i PSL. Spotkał się natychmiast z silną kontrakcją ze strony PPS i klubów pozostałych dwóch partii ludowych, które we wspólnym oświadczeniu podkreślały reakcyjny charakter  rządu  będący  odnowieniem koalicji "Chjeno-Piasta" i zapowiadały przejście do opozycji.

Oskarżeń tych Witos nie przyjmował. W specjalnie wydanej enuncjacji wyrażał wolę współpracy ze wszystkimi siłami politycznymi i wyjaśniał swoją misję rządową koniecznością, a nie pragnieniem władzy, która "w Polsce w obecnych warunkach nie jest wcale przyjemna ani pociągająca, a która u nas bardzo często wypada z rąk na ulicę niemal. Tego dowodzi obecne przesilenie".


Nowy gabinet przetrwał zaledwie pięć dni. Wypadki potoczyły się niezwykle szybko. Ich rozwój jakby przewidział, a nawet wywołał sam premier. W przeddzień powołania gabinetu, w  niedzielę 9 maja, w wywiadzie udzielonym "Nowemu Kurierowi Polskiemu" apelował do Marszałka, prowadzącego wówczas nadal misterną grę polityczną, by ten "wyszedł z ukrycia, stworzył rząd, wziął do współpracy wszystkie czynniki twórcze, którym dobro państwa leży na sercu. Jeśli tego nie zrobi - wnioskował Witos - będzie się mieć wrażenie, że nie zależy mu naprawdę na uporządkowaniu stosunków w państwie".

Piłsudski zareagował natychmiast. W dniu następnym w wywiadzie zamieszczonym w "Kurierze Porannym" brutalnie zaatakował premiera. Nie szczędząc mu połajanek i pomówień stwierdzał m.in.: "W ogóle negliżowanie funkcyj państwowych, brak szacunku dla służby państwu jest charakterystyczną cechą rozumowań panów posłów i senatorów. Wyobrażają sobie oni bowiem, iż każdy człowiek, pozostający w służbie państwa, zmienić się musi w zależności jedynie od tego, jak, powiedzmy, wspólnie przy bufecie sejmowym pili wódkę czy kawę, p. Wincenty Witos z p. Markiem czy p. Chądzyński, jaki: kwaśny czy wesoły uśmiech miał p. Stanisław Grabski z p. Feliksem Perlem (niedawno były to bardzo miłe uśmiechy) czy z p. Chacińskim. Wyobrażać sobie, że ludzie nieznikczemniali mogą do tych wielkich zdarzeń przywiązywać wagę, może tylko p. Wincenty Witos".

Wywiad ten został skonfiskowany. Rozpowszechniano także w stolicy plotki o zamachu na Marszałka i zamiarze aresztowania go przez rząd Witosa. Spiskowcy rozrzucali po ulicach ulotki podnoszące zasługi Piłsudskiego i nakłaniali w kawiarniach  do  grania  "Pierwszej  Brygady".  W nocy z 11/12 maja zebrało się w Rembertowie na rzekome ćwiczenia prawie 2 tys. żołnierzy.

------

Źródło: "Wielka Historia Polski" Wydawnictwo Pinnex, Kraków 2000

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy