Reklama

Bitwa pod Komarowem. Niewykorzystana szansa Polaków?

Kawaleria bolszewicka w 1920 roku. Artykuł jest fragmentem książki "Polskie Triumfy" /East News

Mimo zwycięstwa nad bolszewikami, odniesionego w bitwie warszawskiej, na froncie południowym walka wciąż trwała. Moment zwrotny naszedł, kiedy pod Komarowem starło się około ośmiu tysięcy kawalerzystów. Jak garstce Polaków udało się pokonać siejącą postrach Armię Konną Siemiona Budionnego? Artykuł jest fragmentem książki "Polskie Triumfy".

Kiedy bolszewicy cofali się w panice spod Warszawy, Siemion Budionny przebywał na Froncie Południowym, podejmując kolejne nieudane próby zdobycia Lwowa. Ponaglany zaleceniami z Moskwy zmienił jednak marszrutę i 27 sierpnia wyruszył na pomoc dowodzącemu radzieckim Frontem Zachodnim Michaiłowi Tuchaczewskiemu

Budionny dotarł pod Zamość rankiem 29 sierpnia i z marszu próbował zająć miasto. Do natarcia ruszyły 11 i 14 Dywizja Kawalerii. Bolszewicy napotkali jednak zdecydowany opor ukraińskiej 6 Siczowej Dywizji Strzelców, liczącej zaledwie około dwóch tysięcy bagnetów, i polskiego 31 Pułku Piechoty kapitana Mikołaja Bołtucia.

Reklama

Po dwóch dniach walk na miejsce dotarła 13 Dywizja Piechoty ze składu grupy generała Hallera. Radziecki oficer, próbując uniknąć okrążenia, postanowił wycofać się w stronę Hrubieszowa. Na drodze stanęła mu jednak druga podległa Hallerowi jednostka: 1 Dywizja Jazdy generała podporucznika Juliusza Rómmla. Mimo wszystko bolszewicy dysponowali przy tym znaczną przewagą: ich sześciu tysiącom szabel przeciwstawiło się jedynie półtora tysiąca polskich.

Nim bitwa się rozpoczęła, przeciwnicy przeanalizowali plan okolicy, szukając dogodnych pozycji. Pułkownik Henryk Brzezowski, dowódca 7 Brygady Jazdy z oddziału Rómmla, rozkazał zająć zwłaszcza wzgórze 255. Jego strategiczną przydatność wyjaśnił w 1934 roku na łamach "Przeglądu Kawaleryjskiego":

"Po zorientowaniu się w terenie i przestudiowaniu mapy stwierdziłem, że muszę zająć jak najprędzej wzgórze 255, na północ od Wolicy Śniatyckiej. Był to punkt dominujący, który umożliwiał obserwację aż po Sitno. Posiadanie tego wzgórza zabezpieczało 4 Brygadzie podejście i dawało podstawę do rozpoczęcia właściwej naszej akcji, jednym słowem, wzgórze 255 było taktycznym punktem ciężkości na tym odcinku".

Jak wspominał później pułkownik, na tym etapie nie mógł jeszcze zauważyć nieprzyjaciela. Wroga artyleria strzelała "z kierunku Cześniki". Oficer miał do dyspozycji dwa pułki: 2 szwoleżerów i 8 ułanów. Trzeci, 9 pułk ułanów, nie dotarł jeszcze do Komarowa.

To nie Brzezowski uderzył jednak jako pierwszy. Rola ta przypadła kapitanowi Stanisławowi Maczkowi, którego Batalion Szturmowy wyszedł na tyły radzieckich dywizji. Dopiero wówczas do Brzezowskiego dotarła informacja, że bolszewicy zajęli Wolicę Śniatycką. Pułkownik musiał zareagować: na wybrane przez siebie wzgórz wysłał nie tylko szwoleżerów, lecz także szwadron z 8 pułku ułanów. Jak pisał:

"Patrole szwoleżerów nie doszły jeszcze do szczytu góry, kiedy nagle ukazały się na horyzoncie duże masy kawalerii; pędziły one w kierunku południowo‑zachodnim.

[...] Cała moja uwaga skierowana była na masę, która waliła się z góry na pułk szwoleżerów. Wiedziałem, że pułk ten tak potężnego uderzenia wytrzymać nie może i że będzie w krótkim czasie z dużymi stratami zepchnięty na Wolicę Śniatycką".

"[...] W tym tak krytycznym momencie podjeżdża do mnie galopem major Dembiński, dowódca 9 pułku ułanów, melduje swoje przybycie z pułkiem. Nocował w Tyszowcach, od godziny piątej jest w marszu i przebył już 20 kilometrów. Pokazuję mu, co się dzieje na wzgórzu i daję rozkaz do szarży. Major Dembiński galopem podjeżdża do swojego pułku, widać jak w galopie wyjeżdżają taczanki, a za nimi szykuje się pułk do natarcia".

Pułk majora Dembińskiego ruszył do ataku. Nowe siły uratowały walczące pułki. Tak Brzezowski relacjonował te pełne napięcia momenty:

"Kryzys osiągnął swój szczyt. Dowódca brygady wraz z rotmistrzem Morawskim kierują sami ogniem baterii. Artylerzyści z oparzonym rękami obsługują działa, obok istna reduta karabinów maszynowych zieje żywym ogniem wprost przed siebie na wschodnią część Wolicy Śniatyckiej. Tam właśnie ześrodkowało się natarcie nieprzyjacielskie, szukające naszego skrzydła. Na szczęście bagnista łączka uniemożliwiała szybkie posuwanie się w konnym szyku. Ześrodkowany ogień zmusił nieprzyjaciela do szukania zasłony poza domami wsi. Na przedpolu kotłuje się nadal. Nie rozumiesz, kto kogo bije, kto zwycięża, ale każdy doświadczony żołnierz czuje, że długo nie trzeba będzie czekać na załamanie - musi ono nastąpić lada chwila".

To był krytyczny moment porannego starcia. Radziecka 11 Dywizja Kawalerii raz za razem kontratakowała i rozbijała natarcia 7 Brygady Jazdy. Straty Polaków były bardzo duże. W samym 2 pułku szwoleżerów zginęło 3 oficerów i 34 żołnierzy! Najgorzej miał się zaś 9 pułk, rzucany w najbardziej zapalne odcinki bitwy. W jego trzech przedpołudniowych szarżach poległo aż czterech dowódców szwadronów i około 50 ułanów.

W końcu po kolejnej polskiej szarży Kozacy Budionnego powoli zaczęli się cofać na północ, poza wzgórze 255. Mimo to walka wręcz, prowadzona przez kawalerzystów 7 Brygady Jazdy, trwała ponad dwie godziny. Na szczęście w najbardziej krytycznym momencie bitwy z odsieczą przybyła im 6 Brygada Jazdy. W pełnym biegu ułani 1 i 14 pułku uderzyli na skrzydło nieprzyjaciela. Radzieckie jednostki zostały odrzucone i zmuszone do przegrupowania. To decydujące starcie nie trwało nawet kwadransa. Po nim nastała trzygodzinna przerwa w walce.

Polscy dowódcy nie rezygnowali z planu otoczenia 1 Konnej Armii. By odciąć Budionnemu drogę odwrotu, pułkownik Rómmel wysłał 12 pułk ułanów przez bagna, na bolszewickie tyły. Zamierzał zamknąć radzieckie oddziały "w worku". Niestety, jego plany pokrzyżował... generał Haller. Przesunął on jedną z dywizji piechoty do ubezpieczania innych jednostek. Z okrążenia nic nie wyszło, ale w pogoń za wycofującymi się dywizjami bolszewików ruszyli ułani krechowieccyjazłowieccy.

W wyniku tych manewrów Budionnemu pozostała do dyspozycji jedynie 4 i 6 Dywizja Kawalerii, które łącznie liczyły zaledwie 800 szabel. Tymi lichymi siłami zdecydował się mimo wszystko uderzyć na kolumnę 7 Brygady Jazdy, która przegrupowywała się do pościgu. Nie był to ruch, którego Polacy się spodziewali:

"Nie przebyto nawet jednego kilometra, gdy nagle na tyłach kolumny padać zaczęły szybkie strzały, a chwilę potem [...] wypadły sotnie kozactwa i z dzikim krzykiem ruszyły na odwróconą od nich tyłem kolumnę. Zaskoczenie było tak nagłe, że zdawało się - lada moment chmara kozactwa pokryje i zepchnie w bagno tę szczupłą i nieuszykowaną do boju polską kolumnę. Jednak idący na tyłach 9 pułk ułanów sprawił się momentalnie do boju i ruszył na pędzących kozaków.

Nie zdołał ich jednak wstrzymać. W zachodzącym słońcu błyszczał las krzywych szabel. Łopotały czerwone sztandary. Wiatr nadymał czerwone koszule; tłoczyły się papachy; parły co tchu kudłate koniki, szalał dzikiem wyciem mongolski motłoch".

Polskich oddziałów nie udało się rozbić. Kiedy 9 pułk przyjmował pierwsze uderzenie, do ataku ruszył bowiem także 8 pułk ułanów. Wkrótce kozacka kolumna rozpierzchła się pod uderzeniem szwadronu karabinów maszynowych.

Zwycięstwo było całkowite. Polacy ruszyli w pogoń, którą jednak po około trzech kilometrach powstrzymały karabiny maszynowe ustawione na skraju lasu. Dalszego pościgu zaniechano z powodu zapadających ciemności i wycieńczenia walczących od 12 godzin żołnierzy.

Wprawdzie 2 Dywizja Piechoty Legionów pułkownika Żymierskiego została wysłana, by odciąć bolszewikom drogę odwrotu, ale przez błędy dowodzenia przepuściła ona większość oddziałów 1 Armii Konnej.

Po bitwie pod Komarowem wojsko Budionnego nie było już jednak siłą, która mogła zagrozić Polakom. O ile pod koniec maja, podczas przekraczania Dniepru, liczyło ono ponad 20 tysięcy szabel, po sierpniowym starciu udało się wycofać zaledwie trzy tysiące żołnierzy. 25 września armia została wycofana z frontu walki z Polakami.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama