Reklama

Nacjonalizacja prasy. Każdy totalitaryzm chce przejąć media

Zeylyk Rozemblat, uliczny sprzedawca gazet z Warszawy. Władza starała się, aby w prasie pojawiały się jedynie pochlebne jej artykuły /domena publiczna

Każdy totalitaryzm dąży do przejęcia pełnej kontroli nad społeczeństwem. Zwykle zaczyna się od kneblowania mediów i wymiaru sprawiedliwości. W Rosji odbyło się to w wyniku rewolucji. W Polsce - zamachu stanu, a w Niemczech demokratycznie wybrana partia, przy bierności społeczeństwa zawłaszczała kolejne sfery życia. Wszędzie prasa była traktowana jako partyjna tuba propagandowa.

Bolszewicy doskonale wiedzieli, że odpowiednio ukierunkowany przepływ informacji zapewni im szereg zwolenników. Zwłaszcza wśród słabo wykształconych chłopów i robotników. Wierzyli w niemal wszystkie propagandowe pogadanki. Zwłaszcza, że obiecywano im złote góry. Kto by się nie skusił na ziemię odebraną kułakom?

O tym, jak istotne było przejęcie mediów, świadczy tempo wydania "Dekretu o prasie". Wydano go już 27 października (8 listopada) 1917 roku, czyli tuż po przejęciu władzy. Dekret przewidywał zamknięcie gazet kontrrewolucyjnych, "wzywających do wystąpień przeciwko nowej władzy i skupiających najbardziej wrogie elementy".

Reklama

Jednocześnie bolszewicy podkreślali, że jest to decyzja przejściowa, podjęta jedynie na czas wojny, a zaraz po umocnieniu władzy dekrety zostaną uchylone. Stało się jednak inaczej. Cenzura i zakaz publikacji przetrwał aż do pierestrojki.

Bolszewicy tłumaczyli, że złagodzenie przepisów nie jest możliwe ponieważ kontrrewolucyjna prasa "żądała dla siebie nieograniczonej wolności, czyli faktycznie możliwości prowadzenia wyjątkowo niebezpiecznej propagandy kontrrewolucyjnej i działalności organizatorskiej. Prasa burżuazyjna podżegała do zbrojnych wystąpień przeciwko rządom robotników i chłopów; pod pretekstem obrony hasła wolności prasy dochodziło do kontrrewolucyjnych buntów. (...) Na żądanie mas i przy ich poparciu rząd radziecki zabronił wydawania jakiejkolwiek prasy poza partyjno-radziecką".

W ciągu dwóch tygodni zamknięto ponad 20 tytułów. Włodzimierz Lenin uważał jednak, że proces przejmowania prasy idzie zbyt wolno. Wzywał opozycyjne gazety, aby szły drogą "Prawdy" czy "Izwiestii", sugerując, że pokazują one prawdziwy obraz wyzysku, jakim poddawane są masy.

Kolejnymi dekretami, a często siłą, jeśli krnąbrne redakcje nadal się stawiały, przejmowano drukarnie i gazety. W 1921 roku na terenach objętych władzą bolszewików nie istniała żadna niezależna gazeta. Jak pisał Aleksander Bierieżnoj: "Prasa stworzona przez Lenina zawsze wysoko dzierżyła sztandar ideowości i konsekwentnej partyjności, jawnej i rzetelnej prawdy szerokiego demokratyzmu".

Medialna rzeczywistość w Kraju Rad nie wyglądała jednak tak różowo, jak pisał Bierieżnoj. Wystarczyło napisać jeden nieprawomyślny artykuł, aby znaleźć się w jednym z wielu obozów koncentracyjnych. Nie tylko w ZSRR dziennikarze trafiali przed sąd albo do obozu za krytykowanie władzy.

Sanacyjna wolność

Po majowym zamachu stanu piłsudczycy głosili nadejście nowego - "odnowy moralnej". Nic z niej nie wyszło. Józef Piłsudski nie miał pomysłu, jak Zamiast zmiany na lepsze, jak zakorzenić hasło "sanacji" w umysłach obywateli.

Nie mając gotowej recepty na "naprawę", ograniczył się do wypominania warcholstwa zarówno klasie politycznej, jak i ogółowi społeczeństwa.

Aby przekonać społeczeństwo i ograniczyć możliwość krytykowania decyzji rządu, musiał zlikwidować swobodę przepływu informacji. Marszałek wykorzystał nowe uprawnienia prezydenta, nadane mu na mocy nowelizacji konstytucji. Miał on od teraz zdolność wydawania rozporządzeń z mocą ustawy.

4 listopada 1926 roku ukazało się "Rozporządzenie o karach za rozpowszechnianie nieprawdziwych wiadomości oraz o karach za zniewagę władz i ich przedstawicieli". Wprowadzało ono karę grzywny lub aresztu dla osób, które

"(...) publicznie lub w druku rozpowszechniają świadomie nieprawdziwe lub przekręcone, a mogące wyrządzić szkodę interesom Państwa, albo wywołać niepokój publiczny, wiadomość o niebezpieczeństwie grożącemu Państwu w jego stosunkach zewnętrznych lub wewnętrznych, a w szczególności o niebezpieczeństwie grożącemu jego ustrojowi konstytucyjnemu lub społecznemu".

Zarówno dziennikarze, jak i opozycja podkreślali, że nowe rozporządzenie jest niezgodne z konstytucją. Piłsudczycy skwitowali to stwierdzeniem, że "najwyżej zmieni się konstytucję".



Omijanie prawa

Po burzy, jaka się rozpętała, Sejm 11 grudnia 1926 roku uchylił rozporządzenie. Nie oznaczało to jednak złożenia broni przez rząd. Powoli przygotowywano podstawę prawną, która usankcjonowałaby przejęcie prasy przez władze.

Pół roku później ukazało się kolejne rozporządzenie. Niemal bliźniacze do poprzedniego. Zaostrzało jednocześnie zakres kar grożących w przypadku wykroczenia. 19 września 1927 roku, po trzech miesiącach obowiązywania, Sejm ponownie uchylił wadliwe prawo.

Rząd znalazł jednak sposób, aby ominąć veto posłów. Premier zakazał publikowania decyzji Sejmu w "Dzienniku Ustaw". W ten sposób Piłsudczykom udało się utrzymać rozporządzenie w mocy aż do 28 lutego 1930 roku.

Zamknęło ono możliwość jakiejkolwiek krytyki działań obozu rządzącego i postaci samego Marszałka, a przede wszystkim ograniczyło debatę publiczną. Dekrety uchwalone pod koniec lat dwudziestych były początkiem stopniowego zakładania kagańca niezależnej prasie pod płaszczykiem walki z kłamstwem i zamiaru podniesieniem ogólnego poziomu dziennikarstwa w kraju.

Miesięcznik "Przyjaciel Podlasia" donosił:

"P. premier Sławoj-Składkowski ogłosił, że dziennikarze winni oszczerczych artykułów i notatek będą wysyłani do Berezy. Jak się okazuje miejsce odosobnienia ma być skutecznym środkiem na wszelkie dolegliwości. Najpierw wysyłano do Berezy nacjonalistów polskich, później nacjonalistów ukraińskich, następnie ‘parobków’ komunistycznych, a potem ‘prezesów’, narodowców, ostatnią zaś straszy się Berezą dziennikarzy".

Nie były to czcze groźby. Periodyk "Drwęca" pisał:

"Przed sądem grodzkim w Chojnicach odbyła się 12 bm. ciekawa rozprawa, której tematem był wiersz satyryczny o Berezie Kartuskiej. Na ławie oskarżonych zasiadł redaktor miejscowego 'Dziennika Pomorskiego', p. Józef Pankowski, któremu akt oskarżenia zarzucał, że we wierszu "Bereza Kartuska" zamieścił wiadomości, mogące wywołać niepokój publiczny".

Redaktor Pankowski został skazany na dwa tygodnie więzienia i 50 złotych kary. Wyrok zawieszono na dwa lata.

W kolejnych latach wydawano szereg nowych dekretów, wprowadzających dalsze ograniczenia i zapisy w Kodeksie Karnym. Ostatnie powstały w 1938 roku. Symbolem fali represji wobec prasy stał się ówcześnie Stanisław Cat-Mackiewicz, który trafił do Berezy Kartuskiej za krytykę polityki zagranicznej rządu. Podobnie działo się za zachodnią granicą.

 

Regermanizacja mediów

Po wygraniu wyborów przez NSDAP jednym z głównych haseł, głoszonych przez partię było przejęcie niezależnej prasy, którą Joseph Goebbels nazywał "anarchistyczną, wszystko niszczącą i podkopującą albo potulną wobec obcych jak pokojowy piesek!". Wzywał do odzyskania gazet, które "znajdują się w obcych rękach"

Paweł Łepkowski, opisując przemówienie Goebbelsa na prezydium Izby Kultury Rzeszy, przytacza:

"Dlaczego ta 'demokratyczna' prasa, uzależniona od ośrodków zagranicznych, nie dostrzega tego, jak wspaniale zmieniamy ten kraj? Dlaczego nie potrafi dostrzec, jak wiele pomocy dają nasze programy socjalne, jak bardzo zmniejszyliśmy bezrobocie, jak przywracamy moralność po tym bałaganie stworzonym przez naszych poprzedników?"

Pierwszym krokiem była ustawa o obywatelstwie Rzeszy i ochronie niemieckiej krwi i honoru. Pozwalała ona na nacjonalizację majątku osobom o nieniemieckim pochodzeniu. W ten sposób partyjna spółka przejęła 80 procent niemieckich gazet.

Do drzwi niepokornych redakcji pukało SA i SS. Podobnie działo się w przyłączonej Austrii. Zniknęły prywatne dzienniki wydawane przez z Vernay Verlag. Wydawany we Wiedniu "Telegraph am Mittag" z dnia na dzień zmienił nazwę na "N-S Telegraph" a naczelnym został członek NSDAP.

2 czerwca 1938 roku "Völkischer Beobachter" donosił na pierwszej stronie: "Dzięki sprawnej akcji narodowosocjalistycznych dziennikarzy, przez ich bezprzykładne zaangażowanie do pracy, udało się absolutnie oczyścić nawet w pełni zażydzone redakcje i jednocześnie nie dopuścić do powstania przerwy w ukazywaniu się gazet. W miejsce augiaszowych stajni żydowskich knowań powstała prasa, która może być dla narodu dobrym politycznym kierownikiem".

Podobnie stało się z innymi niemieckojęzycznymi gazetami w zajętej później Czechosłowacji i Polsce. Po przejęciu tytułów przez partię, naziści wprowadzali nowe zasady. Andrzej Czarnik pisze: "Przestano wydawać gazety komunistyczne i socjaldemokratyczne, zamknięto 'Prager Presse' i 'Bohemia'. W tych organach niemieckich, które ukazywały się nadal, przeprowadzono zasadnicze zmiany personalne".

Dla każdej dyktatury przejęcie niezależnej, patrzącej władzy na ręce, prasy, gwarantuje utrzymanie status quo. A przede wszystkim ukrycie braku kompetencji, dyletanctwa, machlojek i malwersacji.


Reklama

Reklama

Reklama

Reklama