Reklama

7 września 1943 r. Likwidacja kata Pawiaku

Udanej akcji zlikwidowania bestialskiego SS-Oberscharführera Franza Bürkla dokonali żołnierze oddziału Agat (Anty-Gestapo) dywersji bojowej Kedywu Komendy Głównej Armii Krajowej.

Bürkl był funkcjonariuszem SS na warszawskim Pawiaku prawdopodobnie od sierpnia 1941 roku do września 1943 roku. Esesman miał wśród więźniów opinię bestii: własnoręcznie wieszał więźniów, strzelał do nich czy szczuł ich swoim wilczurem.

Leon Wanat w książce "Za murami Pawiaka" wspominał, że SS-Oberscharführer między innymi kazał czołgać się więźniom po rozżarzonej hałdzie żużlu i popiołów. W trakcie kąpieli osadzonych Niemiec raz puszczał wrzątek, by po chwili oblać osadzonych lodowatą wodą. "Więźniowie pod natryskami po prostu wyli z bólu" - pisał.

Reklama

Osadzeni w Pawiaku zauważyli, że Bürkl nadużywa morfiny i zamroczony narkotykiem znęca się nad więźniami.

Posiadając potwierdzone informacje na temat zbrodni Bürkla w Pawiaku, Komenda Główna Armii Krajowej wydała rozkaz likwidacji Niemca. Akcją dowodził kapitan Adam Borys ps. Bryl z oddziału Agat. Identyfikacją SS-Oberscharführera oraz ustaleniem jego miejsca zamieszkania i rozkładu dnia, zajął się zespół dowodzony przez chorążego Aleksandra Kunickiego ps. Rayski.

Likwidacją zajął się pluton dowodzony przez podharcmistrza Jerzego Zborowskiego ps. Jeremi, któremu towarzyszyli Bronisław Pietraszewicz ps. Lot, Eugeniusz Schielberg ps. Dietrich, Henryk Migdalski ps. Kędzior i nie ustalony do dziś kierowca, który ostatecznie nie pojawił się na akcji, a jego miejsce zajął Józef Nowocień ps. Konrad.

Na miejsce wykonania wyroku śmierci na Bürklu wybrano zbieg ulic Litewskiej i Marszałkowskiej w Warszawie, nieopodal domu esesmana. Nie było to idealna lokalizacja. Okoliczne domy zamieszkiwali funkcjonariusze gestapo i policji, w sąsiedztwie znajdowało się gestapowskie kasyno, szpital wojskowy oraz silnie strzeżony obóz pracy.

7 września 1943 roku to jednak nie niemieckie patrole czy gestapowskie sąsiedztwo okazało się być przeszkodą. Bürkl spacerował bowiem w towarzystwie kobiety z wózkiem dziecięcym. Zborowski wahał się tylko chwilę i dał znak do rozpoczęcia akcji, która trwałą zaledwie 90 sekund i zakończyła się pełnym sukcesem. Kedywowcy zlikwidowali nie tylko kata Pawiaku, ale też czterech-pięciu niemieckich żołnierzy, nie ponosząc przy tym strat własnych.

"Wiadomość o pomyślnym przeprowadzeniu akcji dotarła do Pawiaka. Więźniowie odetchnęli, że najgorszego sadysty nie ma, a jednocześnie ich postawa wobec straży niemieckiej zaczęła zmieniać się wraz z uświadomieniem sobie faktu, że posiadają teraz opiekunów poza murami więzienia" - pisał Piotr Stachiewicz w książce "Parasol".

Niestety, w odwecie za zabicie Bürkla Niemcy 8 września 1943 roku rozstrzelali ponad 30 osób.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL