Reklama

Osiem śmierci "Łazika". Historia dowódcy patrolu likwidacyjnego AK na Sądecczyźnie

Dowódca pierwszego patrolu egzekucyjnego AK w Nowosądeckiem, Jan Wąchała "Łazik", nigdy nie rozstawał się z różańcem, książeczką do nabożeństwa i swoim P38. W magazynku tego pistoletu mieści się osiem naboi.


Losy "Łazika" i jego ludzi z patrolu likwidacyjnego Armii Krajowej na Sądecczyźnie opisuje w fabularyzowanym dokumencie reporter Jerzy Wójcik. Jego książka "Oddział. Między AK i UB - historia żołnierzy <Łazika>" (Wydawnictwo Wielka Litera, Warszawa 2016) dotyczy lat 1943-1947.

Motto życiowe tych ludzi brzmiało: kto szybciej strzela, ten dłużej żyje. Na początku zabijanie przychodziło im z trudem, potem spowszedniało, a niektórzy polubili ten "fach". Wójcik pokazuje ich ewolucję, bo z czasem palec na spuście zaczynał "chodzić" zbyt gładko - mogli zastrzelić nie tylko skazanego przez podziemne sądy, ale także zlikwidować kogoś "na wszelki wypadek". Jak podkreśla Wójcik, to było krwawe piekło, w którym miesza się dobro ze złem, a bohaterstwo ze zbrodnią.

Reklama

Bohater książki "Oddział..." był na Sądecczyźnie postacią na wpół legendarną - wzbudzał podziw i paniczny strach. Działał ze szlachetnych pobudek, hołdując rycerskiemu etosowi akowca, ale potrafił zachować się jak zwyczajny bandyta, wykorzystujący emblemat organizacji dla celów prywatnych.

Wójcik pokazuje bohaterstwo w walce z okupantem niemieckim, podszyte straszliwą nędzą życia w lesie. Opowiada o losach byłych akowców, którzy zaszczuci przez komunistów, stają się powojennym podziemiem, demoralizującymi się niekiedy z czasem "wyklętymi", którzy uciekają na Ziemie Odzyskane, gdzie wstępują do milicji i UB, stając się tam elementem bandyckiej układanki powojennego polskiego Dzikiego Zachodu, z rabunkami, szabrem, gwałtami i wszechobecnymi sowieckimi maruderami.

"Łazik" nie wyrwał się na Dziki Zachód. Kula dosięgła go w górach, gdzie wcześniej wymierzał sprawiedliwość - na rozkaz albo wedle własnego uznania.

Śmierć pierwsza. Weiss. Lubomierz w Gorcach. Wiosna. Rok 1943.

W Lubomierzu pracował leśniczy Walerian Weiss. Mieszkał u Wojciecha Wojtyczki. Ponoć folksdojcz Weiss to nawet nie był całkiem świnia. Mówią, że nie współpracował z Niemcami aż tak, żeby ludzi im wystawiać, ale pazerny był bez umiaru. Co Jasiek Wąchała coś więcej w okolicy uhandlował, to się wtrącał i w te interesy wchodził. Zabierał wszystko i straszył przy tym, że o całej pokątnej wymianie doniesie.

Jasiek postanowił się z nim ułożyć. Siedział długo sam z zamkniętymi oczyma, jakby spał, i myślał, jak tego Weissa przekonać, by dało się żyć obok siebie. Wstał, wziął butelkę bimbru, żeby rozmowa dobrze poszła, i wlazł do lasu szukać. Na polanie przy dukcie go spotkał i pobulgotał flaszką. Weissa nie trzeba było długo namawiać, a że jeszcze chłód panował, jak to w marcu w górach, to bez zwłoki przysiadł na pniaku do negocjowania. Niczego się nie obawiał, bo był starszy, pewien, że Jasiek mu się podporządkuje, jak to się już wiele razy działo, a na dodatek miał dubeltówkę. Nie zamierzał się zresztą w ogóle z gówniarzem patyczkować i rozgrzany wódką, skłoniony tym ciepłem do szczerości, z punktu wyłuszczył, kto rządzi i kto będzie decydował o tym, co jest czyje.

I jak ta szczerość z gardła mu wyszła, Jasiek natychmiast odpowiedział, wsadzając w  gardło nóż do oprawiania świńskich połci. Dźgnął jeszcze parę razy dla pewności. Odciągnął trupa trochę głębiej, między drzewa, zdjął mu buty, przykrył cetyną i z dubeltówką zszedł do zabudowań. Gdy ludzie zobaczyli go z flintą Weissa, w jednej chwili zrozumieli, co zaszło.

Wywiadowca AK Jan Drożdż "Brzytwa" złapał Jaśka szybko i rzucił na kolana przed kaplicą w Zalesiu. Kazał powtarzać: "W obliczu Boga Wszechmogącego i Najświętszej Marii Panny Królowej Korony Polskiej, kładę swe ręce na ten święty Krzyż, znak męki i Zbawienia. Przysięgam być wiernym Ojczyźnie mej, Rzeczpospolitej Polskiej, stać nieugięcie na straży Jej honoru i o wyzwolenie Jej z niewoli walczyć ze wszystkich sił, aż do ofiary mego życia". 

Śmierć druga. Stanisz. Uliczka obok kościoła. Lato. Rok 1943. Łącko.

To było w niedzielę. Do kościoła w Łącku wszyscy szli jak zawsze. Nikt nie zwracał uwagi na nowego dziada. Siedział w łachmanach przy drodze, trochę z boku, żeby swoim plugawym wyglądem ludzi nie drażnić przed mszą, z przymkniętymi oczyma, jakby drzemał. Cierpliwie czekał na swój czas, bo żebrakowi nie wypada z proszalną ręką pchać się przed Pana Boga. Ale gdy ludzie zaczęli wychodzić z kościoła, dziad dalej się nie ruszał. Żuł suchy chleb i dopiero gdy sołtys Zabrzeży go mijał, wyciągnął rękę po jałmużnę. I może sołtys coś by tam wrzucił, ale z dłoni opadł szeroki rękaw i dziad dał mu śmierć. Strzelił, spokojnie wstał i odszedł w góry.

Jerzy Derubski "Potok": "(...) Moim zdaniem, jakoś niedoceniana czy przemilczana, a w każdym razie bardzo mało badana i opracowana - jest działalność tego patrolu «Łazika» przed wcieleniem go do oddziału «Zawiszy». W mojej ocenie, działalność ta o charakterze egzekucyjnym w okresie lat 1942-43 wywarła kolosalny wpływ na świadomość miejscowej ludności. (...) Stanowiła jakieś znakomite przygotowanie późniejszego, bardziej powszechnego ruchu partyzanckiego".

Śmierć trzecia. Hilger. Rynek w Łącku. Wrzesień. Rok 1943.

W dzień handlu bydłem i końmi pchać się na rynek w polskich mundurach to było jak samobójstwo. Ale nie mieli wtedy dostatecznie dużo amunicji do pistoletów i musieli zabrać karabiny. A karabin lepiej pasował do jakiegokolwiek munduru niż do cywilnych łachów. Widzieli przez szparę w deskach most, którym Hilger musiał iść do knajpy. Musiał, bo codziennie pił tam wódkę. Nie mieli pojęcia, jak ten Hilger wygląda. W życiu nie widzieli twarzy. I gdy już w końcu szedł koło południa, "Nowy", miejscowy z Łącka, pokazał na niego palcem.

Wtedy "Łazik", ubrany w polski mundur, wybiegł z chłodni i wskoczył za Hilgerem do baru. Za nim na rynek skoczył Sławomir Gryzina Lasek "Piotruś". Dla ubezpieczenia. Stanął z karabinem w polskim mundurze i patrzył na Niemców wybierających konie. Niemcy gapili się na niego. Hilgerowi ostatnia wódka się rozlała i wpadł do pobliskiego magazynu. Całkiem wpadł. Trzy pomieszczenia. Amfilada. Bez wyjścia. Ściany stłumiły dwa strzały. Jasiek się tylko wydostał. Wyleciał na rynek i uciekał ulicą, którą ubezpieczał "Sęp". Żaden Niemiec nie strzelił. Żaden nie rozpoznał mundurów. Pewnie myśleli, że to słowaccy żołnierze kogoś gonią. Dopiero po chwili się połapali i zorganizowali pościg.

Julian Tomecki "Brzoza": "On był kopnięty. Narwany. Porywał się na rzeczy niewyobrażalne. Nie zdecydowałby się na to inny człowiek. Może to była odwaga, a może głupota. Wszyscy ci, którzy wykonywali wyroki, mieli coś, jakieś zaburzenia - mnie to też groziło".

Śmierć czwarta. Ruski. Styczeń. Rok 1944. Dolina Kamienicy.

Musiał upozorować śmierć "Piotrusia". Prawie dwa tygodnie szukał. Nikt się dobrze nie nadawał. Albo za niski. Albo za wysoki. Za jasny. Aż mu powiedzieli, że jest taki jeden ruski. Uciekł z niewoli. Śniady, czarniawy. Narzekają na niego górale, bo kradnie, i nawet miał zgwałcić na jesieni dwie pastuszki. Wzrost miał podobny do "Piotrusia". Były tylko dwa problemy. Trzeba go złapać. To pierwszy. I twarz miał zupełnie niepodobną. Ospowatą i z za małym nosem. To drugi.

Może to były problemy, ale nie dla "Łazika". Pochodził, popytał i ruskiego szybko złapał. Przyjrzał się. Obmierzył wzrokiem i uznał, że w zasadzie pasuje. Zabiedzony jak należy, ale trzeba było go zlać od razu, bo nie mógł wyglądać na świeżo męczonego. Nosił pod powieką obraz obitego ciała przyjaciela i zadając razy kopiował jak z mapy. I jeszcze należało naciągnąć na niego śmierdzące ciuchy "Piotrusia". I potrzymać. Bicie musiało się podstarzeć. Rusek miał się upaprać swoim brudem, żeby zapachy się wyrównały. I gotowe.

A twarz normalnie mu "Łazik" zniszczył. Walnął z bliska z "dziewiątki" w tył głowy. Wtedy trup twarzy zasadniczo nie ma. Doczepił do ruskiego kartkę z napisem "ZDRAJCA" i rzucił Niemcom do rowu przy drodze na Limanową.

Sławomir Gryzina Lasek "Piotruś":" 'Łazik' był bardzo odważny, często ja myślałem, że on zwariował, ale ponieważ w walce z Niemcami robił duże postępy, ja mu pomagałem. On nie był dobrym człowiekiem. (...) Dla 'Łazika' zabić człowieka to jak zapalić papierosa".

Śmierć piąta. Ruski. Zbocze Mogielicy (1170 m). Rok 1944. Gorce.

Kiedyś przyprowadzili tam takiego. Do obozu pod Mogielicą. Cały brudny był. Uciekł z niewoli. Zwykle odprowadzali ich później do sowieckich partyzantów. Ale czasem sprawdzali. Ten miał na imię Grisza. Wołali na niego Grześ. I na początku, jak go badali, to ten Grześ cały czas się wiercił i drapał. Co rusz wsadzał łapę pod spodnie, czochrał się po jajach i paluchy wsadzał do gęby. Coś pstrykało i znowu ręka pod gacie. Jakby słonecznik łuskał. I wie pan co się okazało? On swoje mendy łapał i jadł. Co mendę wyiskał, to w zęby. Tylko mu strzelały jak zgryzał. Żarły go, to on je też. Nie popuścił im.

Jemu "Łazik" nic nie zrobił. Grisza dobry był. Szczery. Medalik dostał, to go wziął, choć nie wierzył w Boga. I nawet się popłakał, jak już szedł do swoich.

Ale taki drugi ruski to już nie. Też go sprawdzali. I jakoś się dowódcom nie spodobał, bo pod koniec wojny podejrzewali, że im chyba specjalnie podsyłają wywiadowców. Nawet nie uciekinierów z obozów, ale takich, co wyskoczyli na spadochronach. Żeby się wszystkiego dowiedzieć od środka. Brudny był nawet jak trzeba, ale za mało obżarty przez wszy. Chyba nie przewidzieli, że tu stare mend gryzienie każdy rozróżni od świeżego. Świeże drapanie od pobliźnionego. No i szli wtedy jeden za drugim wąską ścieżką w lesie.

Pierwszy szedł "Brzoza", za nim ruski. Za ruskim "Łazik". Zmrok zapadał. To jakoś późnym latem czterdziestego czwartego musiało być. "Łazik" zmroku nie lubił,  bo ślepy robił się w nim jak kret i nie chciał czekać. Przyłożył do potylicy i walnął. Raz. "Brzoza" tylko zmówił pacierz za to, że go kula też nie zabiła. Zwalili zwłoki w urwisko. Tam, jak już smród puścił, pewnie wilki przyszły.

Eugeniusz Piksa "Harnaś": "Co do 'Łazika' to naprawdę bardzo trudno jest mi pisać, bo ja byłem w jego drużynie, chodziłem z nim zanim jeszcze byłem w lesie. Byłem na różnych 'wypadach', po których było mi słabo. On natomiast opanowany, odważny, a przy tym bardzo religijny. Nie widziałem w lesie tak gorąco modlącego się partyzanta".

Śmierć szósta i siódma. Wiekiera i Gronowski. Luty. Rok 1946. Zabrzeż.

Kupcy wybebeszyli kieszenie ze wszystkiego. Śmiesznie mężczyzna wygląda, gdy wywali tak kieszenie, jakby miał uszy szmacianego misia przy biodrach. Takie dwa bezradniki, klapnięte po bokach, sypią się z nich resztki tytoniu, jakieś kłaczki, paprochy zbierane miesiącami, zawsze oznaczały poddanie. Pusto. Nie mam już nic, co dla ciebie warte i nic na ciebie. Pistoletów nie było. Pieniędzy kupka na stole. Ze sto czterdzieści tysięcy.

Dużo. Podejrzane, to aresztowanie. Wsiadać, jedziemy, na miejscu się wyjaśni. W środku czekał szofer, "Szatan" i pijany "Szczerba". Jechali kawałek i się wyjaśniło. Po kilkuset metrach.

Koło potoku. Z lewej Dunajec, a potok schodzi z góry po prawej i przez przepust pod drogą włazi w rzekę. Całkiem mrok zapadł. Coś wołali ci dwaj. Pewnie, żeby im darować życie. I można by powiedzieć, że sypką, świeżą biel musieli butami pozagarniać na rozlaną czerwień, żeby zniknęła, żeby została tylko biel. Tylko że błoto było tego wieczora. Rozmrożona ziemia, ledwie tylko przyprószona śniegiem. Nie symbolicznie to wyglądało, tylko beznadziejnie i do końca ponuro.

Gdy ciężarówka pojechała zawrócić, kul poszło dużo. Jeden, zbyt pijany, choć strzelał, to chybiał, walić należało za niego, tak, żeby udaremnić ucieczkę w krzaki i nie ryzykować poznania twarzy, opisania zdarzeń, dwie pamięci usunąć z życia dla spokoju.

Józef Bieniek, historyk ziemi sądeckiej: "W sumie zlikwidował kilkadziesiąt osób. Najczęściej na mocy mniej lub więcej słusznych i uzasadnionych wyroków. Działał jednak niekiedy samowolnie, tylko na podstawie krążących w danym terenie posądzeń, że ten czy ów trudnił się konfidenctwem. Zabijanie na rozkaz stworzyło w 'Łaziku' silną deformację psychiczną i 'rozmyło' w sposób zdecydowany te wartości, które zwykliśmy uważać jako zasady etyczne".

Śmierć ósma. "Łazik". Noc z 2 na 3 maja. Rok 1946. Krościenko.

Wąchała zobaczył światło. Kazał zatrzymać ciężarówkę i zdjąć z paki swojego "sachsa". Ludzie z patrolu "Ognia" również zobaczyli to światło i natychmiast pobiegli w miejsce, skąd wystrzelano racę, wpadając na młodych chłopców, którzy znaleźli  rakietnicę. Zabrali ją i nawet nie wypytywali o nic specjalnie, bo usłyszeli dźwięk. Ten, na który czekali. Zbliżał się motocykl.

"Śmigły" zeznawał, że kazał biec "Długiemu" i "Szaremu". "Długi" mówił co innego. Pobiegł sam "Śmigły", ze "Żbikiem". Tych dwóch zobaczyło motocykl.

Źle, że Jasiek miał ten motor. Zdradzał go zawsze warkotem i nocą światłem. Nie trzeba nawet sprawdzać, kto na nim siedzi. Wjechał prosto na ludzi z bronią, od razu bezbronny. Widzieli jego ręce z przodu. Nie to w nich miał, co trzeba w takiej sytuacji. Nie da się ściskać mocno kierownicy i jednocześnie trzymać pistoletu.

Jednak nie strzelili od razu. Zapytali, kto jedzie. Człowiek za kierownicą powiedział, że wiezie Adolfa Gabrysia na służbę do Ostrowska i sam się przedstawił:"Łazik". Kopnęli "Bobka" w dupę i kazali uciekać. Gnał przed siebie, gdy usłyszał krótką serię. Trafiła jedna kula. Tuż nad lewe Jaśkowe ucho. Obok płynęła Krośnica. Górska rzeczka. Głośno szumi i nawet nie słychać plusku, gdy woda przyjmuje jakieś anonimowe zwłoki. NN.

Na pace ciężarówki panowała cisza. Dwudziestu sześciu uciekających z Polski Żydów siedziało w ciemności. Bali się. Tylko szepty.

Niebawem z Prokuratury do Sądu Okręgowego w Nowym Sączu nadszedł fonogram z komendy milicji w Nowym Targu:

"Dnia 2.5.46 około godziny 22-giej o jeden klm od Krościenka kilkunastu osobników w mundurach WP z bronia automatyczna napadlo na samochód ciężarowy wiozący 26 osób narodowości żydowskiej do Krościenka. Po wylegitymowaniu 11 osób zastrzelono, 7 raniono, a reszta zbiegla. Zwloki zastrzelonych przewieziono do Nowego Targu, rannych umieszczono w szpitalu w Nowym Targu. Przy zwlokach znaleziono 3 zaswiadczenia P.C.K z nazwiskami wszystkich żydów jako powracających obywateli Austyjackich z obozów niemieckich. Przesłuchani ocaleni żydzi podaja sie za obywateli polskich. Ponadto o 2 kl. od krościenka w rzece znaleziono N.N. zwloki zastrzelonego mężczyzny. Proszę o decyzje". (Pisownia oryginalna.)

Jerzy Wójcik

-----

Jerzy Wójcik jest autorem książki "Oddział. Między AK a UB. Historia żołnierzy <Łazika>", która właśnie ukazała się w wydawnictwie Wielka Litera. Zamieszczony fragment pochodzi z tej publikacji.

20 kwietnia br. o godz. 18 w Wojewódzkiej Bibliotece Publicznej przy ul. Rajskiej 1 w Krakowie (sala 315, III p.), w ramach Krakowskiej Loży Historii Współczesnej, odbędzie się spotkanie z Jerzym Wójcikiem. Wstęp wolny.

Więcej o wydarzeniu znajdziesz tutaj

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy