Katarzyna Adamczak, Interia: Kiedy rozmawiam z osobami, które w chwili wybuchu II wojny światowej były nastolatkami, ich opowieści często nie różnią się od historii ludzi dorosłych. Dlatego pojawia się pytanie o granicę między dzieciństwem a dorosłością. Kiedy kończyło się dzieciństwo?
Magdalena Kopeć: Kiedy kończyło się dzieciństwo? Przewrotnie powiem, że nie ma jednej odpowiedzi na to pytanie. Zadając je, podchodzimy do tematu z naszej współczesnej perspektywy, w której dzieciństwo jest osobnym etapem życia człowieka. Ma własne zasady, ale także określony cel. Uznajemy dziś, że dziecko powinno się uczyć, przygotowywać do dorosłości i mieć perspektywy rozwoju. Jeżeli jednak cofamy się do czasów przedwojennych czy okresu II wojny światowej, musimy całkowicie zmienić sposób myślenia.
- W rodzinach o niższym statusie społecznym i majątkowym dzieci bardzo wcześnie zaczynały być traktowane jak "mali dorośli" zdolni do wykonywania określonych obowiązków. Nie traktowano ich dokładnie tak samo jak dorosłych, ale miały znacznie więcej i znacznie poważniejszych obowiązków niż współczesne dzieci i młodzież - w tym obowiązków związanych z utrzymaniem rodziny. Dzieciństwo jako okres beztroski było znacznie krótsze niż dziś. Jeżeli dziecko nadawało się do pracy - czy to na wsi, czy w mieście, to po prostu tę pracę wykonywało. Oczywiście w tzw. międzyczasie, w wolnych chwilach to dziecko także się bawiło. Znane są przedwojenne zabawy podwórkowe, te najprostsze: w ganianego, w policjanta i złodziei, w dom, sklep, te z wykorzystaniem różnych przedmiotów, jak wyścigi w workach, grele. Gdy już wprowadzono obowiązek szkolny, to jakiś czas dziecko spędzało także na lekcjach. To jest jednak tylko część dzieciństwa, pozostała to praca, a głównym punktem odniesienia było to, w którym momencie dziecko stawało się użyteczne dla rodziny i lokalnej społeczności.
- Dlatego trudno jednoznacznie wskazać moment końca dzieciństwa. Czy następował on w wieku sześciu lat, kiedy maluch potrafił już pilnować młodszego rodzeństwa, pasać gęsi czy nosić drewno do pieca? A może w wieku ośmiu lat, gdy dziecko mogło podjąć służbę u innego gospodarza? Czy w wieku kilkunastu lat, kiedy wykonywało etatową pracę w przemyśle czy rzemiośle? A może dopiero po ukończeniu szesnastego czy osiemnastego roku życia? To granica bardzo płynna, trudna do wyznaczenia, dlatego nie możemy przykładać do tamtych czasów współczesnych wyobrażeń o dzieciństwie.
- Jeszcze bardziej skomplikowana jest sytuacja dzieci żyjących w czasie II wojny światowej. Czytając wspomnienia dzieci bądź już osób dorosłych opowiadających o sobie jako dzieciach, dostrzegamy osoby bardzo poważne, odpowiedzialne i obarczone wieloma obowiązkami. Do tego żyjące w niepewności o własne życie i życie najbliższych. Niekiedy trudno uwierzyć, że współczesne dzieci poradziłyby sobie z wymaganiami stawianymi ich rówieśnikom.
- I tutaj można ponowić pytanie: czy szesnasto-, siedemnastolatek był jeszcze dzieckiem? Wielu chłopców w tym wieku pracowało w fabrykach, dołączało do oddziałów partyzanckich, niekiedy zawyżając swój wiek, aby zostać przyjętym. Twierdzili, że mają 17 - 18 lat, a mieli na przykład 16, albo mieli te 16 lat i jako tacy nie byli w grupie partyzanckiej, ale pełnili funkcje łączników, pomagali logistycznie. Czy to oznacza już dorosłość? Okoliczności narzuciły im wczesne wejście w świat dorosłych. Nie wiem, czy w dorosłość, ale na pewno w świat dorosłych. Myślę, że granica dzieciństwa i dorosłości w warunkach wojennych u każdego mogła być inna i wynikała z okoliczności i indywidualnych doświadczeń.

Próba zbudowania obrazu dzieciństwa podczas II wojny światowej jest bardzo trudna, bo wspomnienia dzieci znacząco się od siebie różnią?
- Sposób przeżywania wojny zależał od wieku, wychowania i wcześniejszych doświadczeń, a także z okoliczności. Dzieci ze wsi, w której nie doszło do szczególnie dramatycznych wydarzeń, wspominały często niepokój, napięcie i niepewność. Te dzieci przeważnie przeżyły wojnę w emocjonalnym napięciu i strachu przed tym, co się może wydarzyć, ale nie przeżyły jednorazowej traumy. Wspominają, że przyszli Niemcy, zabrali krowę albo aresztowali wujka, dziadka, ojca, wspominają, że całymi rodzinami ukrywali się z lesie, że bali się dźwięku nadlatujących samolotów. I to jest ten jeden poziom - wspomnienia podobne do siebie, w większości małych dzieci.
- Starsze dzieci już odbierały wojnę inaczej, bo one nie tylko chowały się w lesie, ale na przykład musiały dopilnować, żeby młodsze rodzeństwo było bezpieczne, często pomagały rodzicom ukrywać płody rolne przed okupantami. Trzeba było iść z ojcem schować maszynkę do mielenia zboża, bo ktoś powiedział, że Niemcy idą, będą przeszukiwać. Ta odpowiedzialność już była większa, świadomość także, co wpływało na sposób zapamiętywania wojny.
- Zupełnie inaczej wspomnienia z dzieciństwa przekazywali ludzie, którzy przeżyli jakiś rodzaj represji, mówię tutaj szczególnie o morderstwach, pacyfikacjach, wysiedleniach, czy obozach - to były dramaty naznaczające całe życie - tak jak tutaj w Michniowie. Świadków pacyfikacji z 1943 r., którzy przeżyli ją jako małe dzieci pozostało zaledwie kilku. Większość tych, którzy jako młodzi ludzie czy dorośli ocaleli, już nie żyje, ale ich dzieci i wnuki przejęły rodzinne historie a z nimi część tej wielkiej traumy. To ich dziedzictwo. Trudne, ale w miejscach takich jak Michniów nierozerwalnie związane ze zbiorową tożsamością.
- To właśnie charakterystyczne, że w miejscowościach szczególnie naznaczonych tragedią II wojny światowej i okupacji ta pamięć jest przenoszona. Ludzie, którzy ocaleli, swoje późniejsze życie poświęcali utrzymaniu pamięci o tragedii rodziny, nawet jeśli w czasie wojny byli dziećmi. Doświadczenie śmierci, pacyfikacji naznaczyło ich życie - może to właśnie u niektórych był moment końca dzieciństwa.
- Tutaj, w świętokrzyskim Michniowie czas dzieli się na "przed" i "po" pacyfikacji - to absolutna cezura i moment, w którym świat się zmienił. Trzeba też pamiętać, że podczas niemieckich pacyfikacji nie istniał podział na dorosłych i dzieci. Jeśli za wrogą uznawano rodzinę osoby podejrzanej o współpracę z partyzantami, ofiarami stawali się wszyscy jej członkowie. Ginęły również dzieci. W Michniowie zamordowano ich ponad czterdzieścioro.
- Dlatego, gdy mówimy o dziecku, które było świadkiem zbiorowego mordu lub utraty najbliższych, trudno stosować zwykłe kryteria wieku. Mam wrażenie, że w takim momencie dzieciństwo po prostu się kończyło. Nie miało znaczenia, czy dziecko miało pięć, sześć, dziesięć czy dwanaście lat.

A co z kwestią miejsca zamieszkania? Czy wojenne dzieciństwo na wsi i w mieście różniło się od siebie?
- Pewne elementy były podobne, ponieważ mówimy o czasach, gdy dostęp do żywności był bardzo ograniczony. Z jednej strony w mieście było trudniej, bo żywność zdobywano na kartki lub poprzez oficjalny system dystrybucji. Produkty były jednak bardzo niskiej jakości i wydawane w ilościach, które nie pozwalały na normalne funkcjonowanie organizmu. Dlatego mieszkańcy miast często wyjeżdżali na wieś i próbowali zdobywać jedzenie w szarej strefie.
- W mniejszych miastach, które jeszcze przed wojną miały częściowo rolniczy charakter, sytuacja bywała nieco lepsza. Ludzie mieszkali wprawdzie w kamienicach, ale za zabudowaniami często znajdowały się pola lub ogródki. Każdy skrawek ziemi był uprawiany, by pozyskać żywność.
- Głód był jednak obecny także na wsi. Wchodzimy tu w kwestię kontyngentów, które od początku wojny stale rosły. Im dłużej trwała okupacja, tym wyższe były obowiązkowe dostawy i tym brutalniej je egzekwowano. Rolnik musiał oddać znaczną część tego, co wyprodukował, a z tego, co zostało, utrzymać rodzinę. Jeśli udało się zgromadzić jakąkolwiek nadwyżkę, można ją było sprzedać na czarnym rynku, by zdobyć dodatkowe środki do życia.
- Głód był zatem doświadczeniem wspólnym zarówno dla dzieci i rodzin mieszkających na wsi, jak i dla tych żyjących w miastach. Podobnie było ze strachem i nieustannym poczuciem zagrożenia. Na wsiach dzieci obserwowały przychodzących Niemców, rewizje czy aresztowania. Nie zawsze same znajdowały się w centrum zainteresowania okupanta, ale żyły w ciągłej niepewności. Nie wiedziały, co wydarzy się za chwilę, czy ktoś nie zostanie pobity, aresztowany lub zastrzelony. Miały już własne doświadczenia wojenne, a dodatkowo stale słyszały o takich wydarzeniach od dorosłych. W mieście zagrożenie przybierało nieco inną formę. Najbliżsi w każdej chwili mogli zostać aresztowani, zniknąć, trafić na "łapankę" i nie wrócić, ktoś mógł zostać zatrzymany we własnym domu. Pod tym względem doświadczenia dzieci ze wsi i z miast były bardzo podobne.
- Jeśli więc mówimy o podstawowych, codziennych czy emocjonalnych doświadczeniach wojny, nie sądzę, by istniały tu jakieś szczególnie istotne różnice między dziećmi wychowującymi się na wsi i w mieście.

Wspomniała pani o łapankach. Dotykały one przede wszystkim osób dorosłych i nastolatków. Czy także w dzieciach wywoływały strach?
- Dzieci również odczuwały strach przed łapankami, bo zdawały sobie sprawę, że rodzice mogli nagle zniknąć. W miastach, zwłaszcza w napływowych rodzinach robotniczych pozbawionych szerszych więzi rodzinnych, sytuacja była szczególnie trudna. Jeśli rodzice zostali zamordowani, aresztowani lub wywiezieni, dziecko często zostawało zupełnie samo. Nie miało do kogo się zwrócić i nie było w stanie samodzielnie przetrwać.
- Na wsi wyglądało to nieco inaczej, ponieważ więzi rodzinne były zwykle znacznie silniejsze i bardziej rozbudowane. Nawet jeśli zabrakło rodziców, gdzieś był dorosły brat, ciotka czy inni krewni, którzy mogli zaopiekować się dzieckiem. To może być jedna z istotnych różnic między miastem a wsią. Nie zmienia to jednak faktu, że samo zagrożenie dotykało także dzieci. Trzeba też pamiętać o różnicach między Generalnym Gubernatorstwem a ziemiami wcielonymi do III Rzeszy, gdzie sytuacja wyglądała nieco inaczej.
- Na terenach wcielonych do Rzeszy problemem było już samo pozostanie bez opieki. Przykładem może być obóz dla dzieci przy ul. Przemysłowej w Łodzi. Niemcy określali go jako obóz prewencyjny przeznaczony dla dzieci i młodzieży pozostających bez opieki lub uznawanych za element "aspołeczny" czy "niebezpieczny". Dziecko, które zostało samo, mogło trafić do takiego miejsca. Był to więc naprawdę poważny problem.
Dzieci mają dużo energii, dużo też biegają, co prowadzi do założenia, że dzieci w mieście miały ze względów bezpieczeństwa bardziej ograniczoną swobodę poruszania się?
- Tam, gdzie znajdowały się posterunki lub większe jednostki niemieckie, aktywność dzieci była z pewnością bardziej ograniczona. Dotyczyło to zwłaszcza miejsc uznawanych za niebezpieczne. Dzieci mogły bawić się na podwórku, w obrębie kamienicy czy najbliższego otoczenia domu, często pod czujnym okiem dorosłych. Wyjścia na ulicę lub w bardziej oddalone miejsca nie były już tak powszechne i raczej starano się ich unikać.
- Na wsi sytuacja wyglądała inaczej. Dzieci w dużej mierze wykonywały te same obowiązki co przed wojną. Jeśli trzeba było wypasać zwierzęta, pomagać w gospodarstwie, chodzić na jagody do lasu - robiły to nadal. Jednocześnie prawdopodobieństwo spotkania niemieckiego patrolu na polu, w lesie czy w niewielkiej miejscowości było znacznie mniejsze niż w mieście.
- Na wsi można było pójść do lasu, nad rzekę czy na łąkę, a nadzór dorosłych nie był tak ścisły jak w mieście. Nie było to całkiem bezpieczne, ale poziom zagrożenia był inny. Miało to również praktyczne znaczenie. Na terenach, gdzie działała partyzantka, dzieci często wykorzystywano do wykonywania różnych drobnych zadań. Czasem przenosiły proste informacje, ostrzegały przed nadchodzącymi Niemcami, przemieszczały się między członkami rodzin i sąsiadami - jeżeli ktoś dowiadywał się, że Niemcy planują pojawić się w pobliskiej wsi, mógł wysłać dziecko do krewnych z ostrzeżeniem. W jednym z wojennych wspomnień chłopiec pisze, jak nosił wodę ze studni, a w tym czasie mógł obserwować, co Niemcy robią we wsi. Dzieci zwykle nie wzbudzały podejrzeń, dlatego łatwiej było im poruszać się bez przeszkód. We wspomnieniach bardzo często pojawiają się historie o ojcach, którzy kazali dziecku bawić się przed domem i mówić, że nikogo nie ma w środku. Pamiętam także inne historie - jedenastoletnia dziewczynka widząc żandarmów niemieckich wchodzących do domu ucieka do pokoju, gdzie jej ojciec chował radio, zabiera je i wymyka się przez okno. Sama z siebie, wiedząc, że takie radio w domu oznacza śmierć. Inną dziewczynkę matka wysyła na wieś, do sklepu, w którym znajdowali się żołnierze, aby dowiedziała się, gdzie jest jej ojciec.
- Nie zawsze taka strategia była skuteczna, ale przykłady pokazują, że w pewien sposób wykorzystywano dziecięcą niewinność do realizacji celów dorosłych. Celów w tym wypadku kluczowych, często bowiem chodziło o ratowanie życia. To również ważny element wojennego dzieciństwa.

W Muzeum Zabawek w Kielcach można zobaczyć misia wykonanego z munduru, co pokazuje, że nawet wtedy dzieci się bawiły, ale trudno znaleźć informacje o zabawie podczas II wojny światowej.
- Trzeba pamiętać, że bardzo trudno zweryfikować, jak wyglądała tamta codzienność dzieci i ich rozrywki. Ludzie opowiadający o wojnie skupiają się przede wszystkim na doświadczeniach traumatycznych albo na szczególnie wyrazistych sytuacjach, które zapadły im w pamięć. Rzadziej wspominają o zabawach czy zwyczajnym spędzaniu czasu, bo w kontekście tragedii wydaje się to nieistotne. W relacjach dominują: strach, głód, niepewność i zagrożenie, bo to właśnie one stanowią istotę wojennych doświadczeń.
- Jest niewiele wywiadów czy wspomnień, które by mówiły wiele o życiu codziennym. Może to też wynikać z tego, że dziś nie ma już wielu świadków II wojny światowej, a osoby, które przeprowadzały wywiady w przeszłości skupiały się przede wszystkim na tych najważniejszych, często traumatycznych wydarzeniach, bo to też często chodziło o różnego rodzaju powojenne śledztwa. Zapisywano historię, więc rozmowy skupiały się na tych kwestiach najważniejszych z punktu widzenia opowiadania o wojnie. Te zwyczajne elementy umykały, ale to nie znaczy, że ich nie było.
- Myślę, że pamięć o chwilach normalności często po prostu zaciera się z upływem lat, a może ludzie pielęgnowali je i zachowywali dla siebie. Takie momenty musiały istnieć. Dzieci, nawet obciążone obowiązkami i zmuszone do szybszego dojrzewania, nadal pozostawały dziećmi. Nie wierzę, że nie przejawiały tych samych cech, które obserwujemy u dzieci współcześnie: przekory, ciekawości świata czy chęci zabawy.













