Reklama

Eugeniusz Lokajski: fotograf Brok. "Trzeba tylko ocalić kamerę"

Ślub podczas powstania warszawskiego: Bolesław (Bill) Biega i Alicja (Lilly) Treutler-Biega, fot. Eugeniusz Lokajski /Muzeum Powstania Warszawskiego /domena publiczna

Jako młodzieniec chciał być sportowcem. Szybko zaczął osiągać sukcesy na scenie międzynarodowej. Marzenia o wielkiej karierze przerwał jednak wybuch wojny. Walczył z karabinem w jednej ręce i aparatem w drugiej. Eugeniusz Lokajski. Fotograf "Brok".

Eugeniusz był najstarszym synem Antoniego i Antoniny Lokajskich. Od dziecka był typem sportowca, marzył, by zostać mistrzem w rzucie oszczepem. Jako 16-latek wstąpił do Klubu Sportowego "Warszawianka". "Nie myśl, chłopcze, o oszczepie. Nic tu nie zwojujesz! Skacz, biegaj, ale o rzutach nie myśl. To nie dla ciebie, wierz mi, znam się na tym" - usłyszał jednak od trenera.

Był zdeterminowany. Ciężko trenował w sekcji piłkarskiej, biegowej, ćwiczył także pięciobój i skok wzwyż. "Mijały lata. Nazywali mnie w domu chuchrem, a w klubie, z racji mych wyjątkowo długich rąk i jeszcze dłuższych nóg, zyskałem przydomek ‘pająkowatego’. Nie wyrzekłem się jednak oszczepu" - wspominał już jako dorosły człowiek.

Reklama

W międzyczasie zdał maturę w gimnazjum im. Mikołaja Reja i trafił do Wyższej Szkoły Handlowej. Po dwóch latach, w 1930 roku, musiał porzucić pracę, studia i treningi, by odbyć służbę wojskową. Gdy wrócił do Warszawy, podjął studia w Centralnym Instytucie Wychowania Fizycznego, a po zakończeniu nauki został na uczelni w roli asystenta. Uczył również wychowania fizycznego w swojej starej szkole.

"Wciąż za blisko"

Jednocześnie z powodzeniem rozwijał karierę zawodniczą. "Brałem pod pachę dwa oszczepy i szedłem do pobliskiego lasu, rzucając je w marszu, lekko, bez większego wysiłku, często do celu. Niektórzy sądzili, że mój trening to tylko walka ze słońcem, z tą różnicą, że miejsce motyki zajął oszczep. A ja, poza wzmocnieniem mięśni, odnalazłem swój styl, dostosowywany idealnie do mojej budowy, szybkości i siły" - wspominał.

Pierwsze sukcesy nie były jednak związane z oszczepem. W 1929 roku zdobył trzeci najlepszy wynik w skoku wzwyż na mistrzostwach Polski. Jako oszczepnik zmierzył się w poważnych zawodach dopiero pięć lat później. Od razu został Mistrzem Polski. Na Akademickich Mistrzostwach Świata w Budapeszcie wywalczył srebrny medal w pięcioboju. 

"Nie myślałem o zawodach. Sprawiała mi przyjemność i napawała dumą ta energia, która ożywiała oszczep, niosła go z poświstem przez powietrze, by wreszcie wbić go w ziemię. I oszczep począł lądować coraz dalej, zawsze jednak drżąc w proteście, że to wciąż za blisko" - opowiadał, dodając, że wciąż od stadionu wolał samotne treningi w lesie.

"Niepozorni chłopcy - wspaniałe rzuty"

W 1936 roku zmierzył się z drugim czołowym polskim oszczepnikiem - Walterem Turczykiem. Oszczep Turczyka jako pierwszy pokonał barierę 70 metrów (podczas pierwszych zawodów w rzucie oszczepem zaledwie trzy dekady wcześniej, zwycięstwo dał wynik 31,8 m!). Lokajski nie pozostał dłużny przeciwnikowi. Ostatecznie młody warszawiak ustanowił rekord Polski - 73,27 m. Turczyk rzucił prawie trzy metry bliżej. "Niepozorni chłopcy - wspaniałe rzuty", "Wyniki klasy światowej" - grzmiały nagłówki gazet.

Jako najlepszy polski oszczepnik trafił na Igrzyska Olimpijskie w Berlinie. Był faworytem do złotego medalu. Wszystko było na dobrej drodze, by Polak stanął na najwyższym stopniu podium. Dobrą passę przerwała jednak kontuzja, której nabawił się na ostatnim treningu przed turniejem. "Pierwszy rzut finałowy przeszył mnie ogniem bólu, za drugim coś się urwało, a trzeci..." - mówił Lokajski. 

Ostatni rzut nie doszedł do skutku. Ostatecznie sportowiec skończył igrzyska na siódmym miejscu. Z zerwanymi mięśniami barkowymi trafił do niemieckiego sanatorium. Czas w lecznicy przeznaczył na naukę niemieckiego.

"Byliśmy po prostu ludźmi"

W 1939 roku, gdy opiekował się uczestnikami obozu sportowego w Sierakowie Wielkopolskim, nadeszła wieść o zbliżającej się wojnie. Bez zastanowienia wrócił do Warszawy.

Podczas kampanii wrześniowej był dowódcą plutonu w 35 pułku piechoty. Niedługo potem trafił do niewoli sowieckiej. Cudem udało mu się uciec. Reszta jego towarzyszy zginęła od broni NKWD. Olimpijczyk nie wahał się przed powrotem do stolicy. Najpierw ukrywał się, pracując jako robotnik w podwarszawskiej Paprotni. Później w mieszkaniu matki stworzył zakład fotograficzny. Nie mógł wiedzieć wtedy, że była to jedna z najważniejszych decyzji dla zachowania pamięci o powstaniu warszawskim.

Podczas zrywu służył w kompanii sztabowej "Koszta". Znany był jako "Brok". Obok broni zawsze trzymał aparat. Uwieczniał walki i zbrodnie wojsk niemieckich. "Widziałem ‘Broka’ w akcji. To był człowiek odpowiedzialny. Nie szafował życiem podległych sobie żołnierzy, a sam też nie kłaniał się kulom" - mówił jego towarzysz z frontu, Jan Gozdawa

"Narzekaliśmy czasem, że on tylko z aparatem, że nie powinien tak wszystkiego fotografować. Potrafił dostrzegać urok tych naszych codziennych powstańczych chwil, momentów, kiedy nie byliśmy żołnierzami, a byliśmy po prostu ludźmi" - wspominała z kolei Janina Kulesza-Kurowska.

"Ostatnie rolki, ostatnie spojrzenia"

"Brok" w powstaniu walczył przez 56 dni, aż do 25 września. Dostał polecenie udania się do Komendy Głównej, by tam robić zdjęcia do fałszywych dokumentów, które pomogłyby powstańcom wydostać się z miasta wraz z cywilami.

Tamtego poniedziałku zmierzał ulicą Marszałkowską do zakładu fotograficznego. Chciał zaopatrzyć się w filmy do aparatu. Chwilę wcześniej przekazał siostrze zapełnione klisze, nakazując, by przechowywała je do końca wojny. Gdy dotarł do numeru 129, kamienica runęła pod bombami niemieckich samolotów. Jego ciało wydobyto dopiero w maju następnego roku. Przez 56 dni zrobił ponad 1000 zdjęć powstańców, niemieckich wojsk i niszczonej stolicy.  

Organek "Ocali nas miłość": Powstanie z innej strony

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL