Katarzyna Pruszkowska: Skąd ludność cywilna mogła dowiedzieć się, że istnieje ryzyko wybuchu wojny?
Monika Sołoduszkiewicz: - Najważniejszym sygnałem było to, że wszyscy wojskowi, zarówno czynni zawodowo, jak i rezerwiści, zostali powołani na obowiązkowe ćwiczenia wojskowe w związku z nastrojami panującymi w Europie. Oczywiście najpierw informacje te trafiały do ich rodzin, ale potem rozprzestrzeniały się dalej. Te osoby, które dowiedziały się jako pierwsze, były w nieco lepszej sytuacji, bo miały więcej czasu na to, by się przygotować, np. zadbać o zaopatrzenie się w żywność. Podobny mechanizm obserwowaliśmy zresztą także na początku wojny w Ukrainie, kiedy ludzie masowo ruszyli do sklepów. W listopadzie 1939 roku "Kurier Warszawski", należący do tzw. prasy gadzinowej (prasa finansowana przez okupanta, której linia redakcyjna jest spójna z informacjami propagandowymi - przyp. red.) donosił, że niemal połowa Warszawy zaczęła trudnić się handlem. Prawda jednak była taka, że handlowali wszyscy, od inteligentów, przez rzemieślników, robotników, służbę, kolejarzy, a nawet grabarzy. Sklepy świeciły pustkami, jedzenie reglamentowano, więc Polacy musieli wziąć sprawy we własne ręce.
- Żywności szczególnie brakowało w mieście. Do najcenniejszych towarów, praktycznie nie do zdobycia w mieście, należało oczywiście mięso. Mimo naszej tradycji wojskowej, mocno związanej z kawalerią i traktowaniem koni jako towarzyszy broni, w czasie II wojny światowej na stoły zaczęła trafiać konina. Począwszy od 1942 roku władze zachęcały mieszkańców, by na trawnikach między kamienicami zakładali własne ogródki. Tam, gdzie wcześniej rosły kwiaty, zaczęto więc sadzić ziemniaki, marchewkę czy buraki, które na wolnym rynku były trudnodostępne i drogie. Także dlatego, że najpierw trzeba je było jakoś przeszmuglować, co było bardzo niebezpieczne - groziła za to nie tylko konfiskata towarów, ale także więzienie albo zesłanie do obozu zagłady, np. w Treblince.

Jak działał oficjalny system dystrybucji jedzenia wprowadzony przez Niemców na terenie okupowanej Polski?
- System reglamentacji, bo w istocie temu właśnie służył ten system - ograniczeniu dostępu do żywności, wprowadzono jeszcze w 1939 roku. Działał w oparciu o podział ludności na różne kategorie - obywateli Trzeciej Rzeszy, którzy mieli nieograniczony dostęp do żywności, w tym do mięsa, masła, białego pieczywa; Polaków, którzy dostawali wyraźnie mniejsze przydziały na produkty wyraźnie gorszej jakości, które nie zaspokajały zapotrzebowania kalorycznego; na Żydów, którym przyznano śladowe wręcz ilości jedzenia (np. 2 kg najgorszego gatunku chleba, z dodatkiem kasztanów czy nawet trocin, na miesiąc; dzienna porcja wynosiła zatem ok. 67 gramów - przyp. red.). Produkty można było kupić tylko okazując kartki, na których wypisywano rodzaj towaru i jego gramaturę. Oczywiście kartki mogły otrzymać wyłącznie osoby, które pracowały. Starsi i dzieci albo dostawały jeszcze bardziej okrojone racje żywnościowe, albo musieli polegać na pracujących członkach rodziny. W bardzo trudnej sytuacji znajdowały się także osoby chore, uznawane przez okupanta za "nieprzydatne", a więc takie, którym nie należy się żadne jedzenie.

Wiem, że zdobycie jedzenia poza oficjalnym obiegiem było znacznie trudniejsze w mieście. Jakimi sposobami przewożono je zatem ze wsi?
- Na przykład korzystając z ogromnej pomocy polskich kolejarzy, którzy od samego początku wojny umożliwiali szmuglowanie jedzenia ze wsi do miast. Było to możliwe m.in. dzięki "modernizowaniu" składów pasażerskich, które "przy okazji" wyposażano w niezliczoną ilość mniejszych i większych skrytek. Kolejarze wypracowali nawet własny system informowania przemytników o tym, że np. na konkretnej stacji do pociągu wejdą granatowi policjanci albo żandarmi, żeby sprawdzić składy - mianowicie wypuszczali z kotłów więcej gęstej pary, która nieco ograniczała widoczność i dawała więcej czasu na reakcję. Co prawda zazwyczaj za możliwość przewozu zakazanych towarów trzeba było zapłacić, ale nie zmienia to faktu, dzięki niemu handel między wsią a miastem w ogóle był na taką skalę możliwy. Poza tym szmuglowano nie tylko jedzenie, ale także ulotki, prasę konspiracyjną, rozkazy, a nawet broń. A za to karą była już śmierć.
- Szmuglowanie działało oczywiście w dwie strony, tj. ludzie ze wsi także przyjeżdżali do miast i sprzedawali swoje produkty na rozmaitych nielegalnych bazarach. To nie był żaden sformalizowany system, raczej handel na potrzeby własnego gospodarstwa domowego. Tacy przemytnicy, zarówno kobiety, jak i mężczyźni, raczej nie korzystali ze skrytek, tylko przewozili towar na sobie, np. przywiązany do ciała i schowany pod spódnicą albo płaszczem.

Skąd jeszcze brały się towary sprzedawane potem na czarnym rynku?
- Na przykład od krewnych zza granicy, którzy mogli przygotować paczki i przesłać je do Polski. Część towarów zostawiano, a część odsprzedawano na targowiskach, w ten sposób sobie dorabiając. W trakcie wojny w zasadzie wszystkie luksusowe towary pochodziły właśnie z tego źródła. Drugim był Czerwony Krzyż, który starał się regularnie dostarczać do Polski różne produkty pierwszej potrzeby, np. mleko w proszku dla niemowląt. Dystrybucję kontrolowali Niemcy, więc nie wszystko trafiało w ręce Polaków oficjalnymi kanałami, ale jeśli w jakiejś instytucji pracowali nasi obywatele, mogli próbować wynosić produkty bez wiedzy okupanta.
- Podobnie było w przypadku osób zatrudnionych w rozmaitych polskich fabrykach, które w zasadzie już na początku wojny zostały zajęte przez Niemców i od tamtej pory produkowały towary na potrzeby rynku niemieckiego. Pracownicy od czasu do czasu zdołali coś wynieść, ale na czarnym rynku te, luksusowe wtedy produkty, kosztowały krocie.
We wspomnieniach z czasów II wojny światowej pojawiają się wzmianki o "zamiennikach" różnych produktów. Na przykład czarnym chlebie, który moja znajoma kilka lat temu nazwała "najohydniejszą rzeczą, jaką kiedykolwiek miała w ustach".
- To prawda, w obliczu wiecznego niedoboru ludzie próbowali sobie radzić różnymi metodami. Na przykład zamiast cukru, który był bardzo reglamentowany, używano sacharyny o gorzkim posmaku, albo dulcyny, produkowanej w zakładach chemicznych, która, jak okazało się po latach, miała właściwości rakotwórcze i w latach 50. została wycofana z obrotu. "Kawę" robiono z uprażonych ziaren żyta, jęczmienia, cykorii, żołędzi, a nawet pokrojonej drobno, a później zmielonej marchewki. Oczywiście żaden z tych napojów nie przypominał w smaku kawy, to taki ersatz, w znaczeniu jakiejś namiastki. Zamiast prawdziwej herbaty pito napary z ziół albo liści rożnych roślin, takich jak borówki, maliny czy poziomki (popularny był również "Iwan caj", czyli napar z wierzbówki kiprzycy - przyp. red.).
- Z powodu braku dostępu do różnych produktów w różnych krajach, m.in. w Polsce, Francji czy Wielkiej Brytanii, zaczęły powstawać poradniki, których tytuły były różnymi wariantami nazwy "Co jeść i jak gotować w dzisiejszych czasach". Zawierały takie bieda-przepisy na kotlety albo puddingi z mielonej kapusty czy torty z fasoli. Dziś wiele osób byłoby zdziwionych, z jak nietypowych składników próbowano gotować jakkolwiek pożywne posiłki - przykładem mogą tu być pokrzywa albo lebioda, wykorzystywane do robienia zup.

Skoro o zupach mowa - wiem, że na terenie Generalnej Guberni Rada Główna Opiekuńcza prowadziła coś na kształt stołówek dla ubogich, zwykle wydających właśnie zupy z chlebem.
- Istniało wiele takich miejsc, np. trakcie Powstania Warszawskiego najbiedniejsi mogli stołować się w kuchniach przyszpitalnych, własne kuchnie miały też np. zakony, które również pomagały potrzebującym. Prawda jest taka, że biorąc pod uwagę dzienny przydział kaloryczny, absolutnie niewystraczający do życia, bez czarnego rynku i sieci instytucji pomocowych liczba Polaków, którzy w trakcie II wojny światowej głodowali, byłaby jeszcze większa.










