Reklama

Latający cyrk Skalskiego

Wiosną 1943 roku polscy piloci przybyli do Tunezji, by wziąć udział w ostatecznym szturmie na pozycje wojsk Hitlera w Afryce. Zachwycili aliantów skutecznością i brawurowym stylem walki, zapisując jedną z najchlubniejszych kart w historii naszego lotnictwa.

Był 28 marca 1943 roku. W Tunezji trwały zaciekłe walki o panowanie w powietrzu nad obszarem, na którym alianci osaczyli Afrika Korps – legendarną armię feldmarszałka Erwina Rommla. Przez portowe miasto Safakis sunęły kolumny niemieckich wojsk.

Siedzący w ciężarówkach żołnierze zadzierali głowy i z niepokojem obserwowali toczący się nad nimi pojedynek myśliwców. Nagle jeden z samolotów zanurkował prosto na nich, siekąc zaciekle z karabinów maszynowych i działek. Kolejne pojazdy stawały w ogniu.

Po chwili ulica była usłana ciałami hitlerowców; tylko nielicznym udało się schronić w pobliskich bramach. Spitfire z wymalowaną biało-czerwoną szachownicą przemknął nad dachami domów, po czym poderwał się do góry. Za jego sterami siedział kpt. Stanisław Skalski, as lotnictwa i dowódca Polskiego Zespołu Myśliwskiego, znanego lepiej jako... Cyrk Skalskiego.

Reklama

Skąd takie określenie? Otóż w pierwszych latach XX wieku, kiedy samoloty były jeszcze sensacyjną nowinką, „latającymi cyrkami” określano grupy akrobacyjne, które w trakcie podniebnych pokazów prezentowały nietuzinkowe umiejętności pilotów.

Podczas I wojny światowej przydomek ten przylgnął do niemieckiego elitarnego pułku myśliwskiego Czerwonego Barona. Ze względu na liczne zwycięstwa i wręcz niewiarygodne podniebne wyczyny lotników eskadrę „ochrzczono” Cyrkiem Richthofena (od nazwiska jej legendarnego dowódcy).

Sukcesy członków zespołu Skalskiego w latach kolejnego wielkiego konfliktu sprawiły, że prasa podchwyciła nazwę i nadała odważnym – oraz zabójczo skutecznym – Polakom to wiele mówiące miano.

Jak nasi piloci trafili nad czarny ląd?

Dla aliantów wojna w Afryce Północnej była doskonałą okazją do przećwiczenia współpracy sił powietrznych z wojskami lądowymi przed operacją o zdecydowanie poważniejszym znaczeniu – wyzwoleniem Europy spod jarzma nazistowskiej okupacji.

Możliwość zdobycia doświadczenia swoim lotnikom chciało zapewnić również dowództwo Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie. Zapadła więc decyzja, by na front w Tunezji wysłać grupę ochotników. Dla naszych rodaków, rwących się do walki i mających z Luftwaffe własne porachunki, każdy pretekst był dobry.

Większość z piętnastu pilotów, których ostatecznie wybrano do zespołu, spotkała się z Niemcami już we wrześniu 1939 roku nad broniącą się Rzeczpospolitą. Potem ci sami ludzie dowiedli swojej niezwykłej odwagi oraz nieprzeciętnych umiejętności w bitwie o Anglię.

Po jej zakończeniu okazję do zestrzelenia kilku hitlerowskich samolotów mieli właśnie w Afryce – trwały tam bowiem intensywne walki lądowe, w które obie strony zaangażowały lotnictwo. Do podniebnych pojedynków dochodziło właściwie codziennie...

Cios za cios

Nasza jednostka dotarła do Tunezji w połowie marca 1943 roku. Jej pierwszą bazą było przyfrontowe lotnisko Bu Grara. Polaków przydzielono do 145 Dywizjonu RAF, jako trzecią, nadliczbową Eskadrę C. Początkowo do dyspozycji mieli dziesięć myśliwców Spitfire Mk V.

Polacy przybyli w samą porę, by wziąć udział w szturmie aliantów na linię Mareth, wzdłuż której bronił się Afrika Korps – jego działania wspierały z powietrza samoloty włoskie i niemieckie. Szczególnie groźne były Messerschmitty Me 109 z pułków myśliwskich Luftwaffe, pilotowane przez weteranów walk nad Europą Południową, Rosją i Czarnym Lądem.

Do pierwszego poważnego starcia doszło 22 marca. W trakcie patrolu cztery polskie spitfire’y wpadły wprost pod silny ogień przeciwlotniczy i rozproszyły się. Wtedy z góry zaatakowały niemieckie maszyny, biorąc na cel samolot st. sierż. Władysława Majchrzyka. Pilot ocalał, ale jego podziurawiony kulami myśliwiec nadawał się na złom.

Polacy z nawiązką odpłacili się hitlerowcom sześć dni później – wkrótce po tym, jak otrzymali wymarzone spitfire’y serii Mk IX, które na froncie afrykańskim wciąż były rzadkością. W pobliżu Safakis kpt. Skalski i por.Eugeniusz Horbaczewski zestrzelili wówczas po jednym bombowcu Junkers Ju 88. Następnie ten pierwszy przeprowadził opisany wcześniej atak, siekąc seriami po ciężarówkach wypełnionych żołnierzami.

Orły pustyni

Jeszcze większy sukces przyniósł drugi dzień kwietnia. Na północ od Kabis czterej polscy piloci, nie zważając na dysproporcję sił, zaatakowali formację około piętnastu Me 109; zestrzelili trzy.

Porucznik Bohdan Arct stoczył na niebie dramatyczny pojedynek z dwoma przeciwnikami, którzy dogonili go, gdy samotnie wracał po walce do bazy.

Relacjonował potem: „Po minucie decydują się na atak. Prowadzący przewraca maszynę na skrzydło i pikuje na mnie. Właśnie na to czekałem. Wykonuję ostry skręt w jego stronę, uniemożliwiając mu odłożenie poprawki. Mijam się z nim o kilkadziesiąt metrów. W tym momencie coś podrzuca mi maszynę. Spojrzawszy na prawe skrzydło stwierdzam, że oberwałem. To drugi messerschmitt, strzelając prawie łeb w łeb, trafił mnie pociskiem z działka. Skrzydło rozdęło się na prawie metr. Muszę zrezygnować z dalszej walki i wracać do domu. Messerschmitty też rezygnują, znikając w dole na tle morza. Moja maszyna trzyma się dobrze i bez trudu ląduję w Bu Grara. Składamy raporty i idziemy obejrzeć mojego grata. Skrzydło rozharatane zdrowo, rozerwane blachy i wygięta lufa karabinu maszynowego świadczą, że Niemcy także potrafią strzelać”.

Dwa dni później sześć polskich spitfire’ów przechwyciło bombowce Ju 88 w eskorcie dwunastu Me 109. Kapitan Król ruszył w pościg za dwoma wrogami uciekającymi na północ:

„Gonitwa trwała trzy, może cztery minuty. Lecąc tuż nad ziemią, minęliśmy linię frontu. Kątem oka zauważyłem rowy, czołgi i wybuchy pocisków. W kabinie zrobiło się gorąco. Czułem, jak oblewa mnie pot. Z każdą sekundą zbliżałem się do uciekających. Wybrałem tego, który leciał z tyłu. Z odległości 150 metrów nacisnąłem spust.

Zagrzechotały działka, zaterkotały karabiny maszynowe, wiązka smugowych pocisków oplotła cel ze wszystkich stron. Prowadzący wyrwał gwałtownym skrętem do góry. Jego skrzydłowy, a mój cel, zachwiał się. Skręcił jakoś anemicznie w prawo, pochylił lot i rąbnął w piasek. Słup ognia, dymu i kurzu okrył jego doczesne szczątki… Dowódca nieboszczyka majaczył cienką sylwetką na horyzoncie. Nie pospieszył swemu koledze na odsiecz”.

Najlepsi z najlepszych

Od tej pory konto zestrzeleń zespołu systematycznie rosło. Nie obyło się jednak bez momentów dramatycznych – podczas starcia 6 kwietnia por. Horbaczewski, walcząc w pojedynkę z czterema Me 109, został trafiony i jego spitfire stanął w ogniu.

Pilot odwrócił samolot na grzbiet, by ułatwić sobie skok ze spadochronem i wtedy… płomienie nagle zgasły! Poszybował więc do bazy w Kabis i tam bez większych trudności wylądował. Jedyną stratę zespół poniósł 18 kwietnia, gdy por. Mieczysław Wyszkowski oddalił się od formacji, by samodzielnie „zapolować” na wroga. Został zestrzelony i dostał się do niewoli.

Tymczasem wojska aliantów spychały przeciwnika na północ Tunezji. Polska jednostka podążała za nimi, przenosząc się na kolejne lotniska. Po miesiącu na ich koncie było już dziesięć pewnych zestrzeleń. Wydawało się, że to koniec walk nad Czarnym Lądem.

Wtedy jednak hitlerowcy rzucili do boju nowe siły lotnicze, próbując ewakuować osaczony Afrika Korps.

Dwudziestego kwietnia sześć naszych spitfire’ów, osłaniając wraz z resztą 145 Dywizjonu RAF myśliwce bombardujące, wpadło na około dwadzieścia Me 109 i włoskich macchi.

Doszło do zaciekłej bitwy, w trakcie której piloci Skalskiego doprowadzili do sześciu następnych zestrzeleń. Dwa dni później powtórzyli ten niezwykły wyczyn. Lecąc jako górna osłona amerykańskich myśliwców, wzięli udział w przechwyceniu eskapady niemieckich samolotów transportowych.

Polacy związali walką eskortę i znowu strącili sześć maszyn. Ostatnie zwycięstwo należało do st. sierż. Kazimierza ­Sztramki, który 6 maja zlikwidował jeszcze jednego Me 109. Kilka dni później armia Rommla skapitulowała i kampania tunezyjska dobiegła końca.

W ciągu ośmiu tygodni działań nasz zespół uzyskał oficjalny wynik 25 pewnych zestrzeleń, tracąc jednego pilota. W kwietniu 1943 roku – kluczowym miesiącu walk – był najskuteczniejszą jednostką myśliwską w Afryce Północnej!

Po rozwiązaniu Cyrku Skalskiego wszystkim jego lotnikom zaproponowano stanowiska dowódcze w brytyjskich dywizjonach. Większość odmówiła. Wolała wrócić do Anglii, do stacjonujących tam polskich oddziałów. Do swoich!

Tomasz Szlagor

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama