Reklama

Powstanie warszawskie zaczęło się od kłamstwa

Generał Tadeusz Bór-Komorowski /Z archiwum Narodowego Archiwum Cyfrowego

31 lipca 1944 roku w warszawskich mieszkaniach konspiracyjnych był bardzo gorącym dniem. Ważyły się losy powstania. Dopiero kłamstwo spowodowało, że gen. Bór-Komorowski zdecydował się wydać rozkaz rozpoczęcia walk.

Początkowo Warszawa nie była brana pod uwagę podczas planowania akcji "Burza". Na jej włączenie naciskał gen. bryg. Leopold Okulicki, ówczesny szef Operacji i I zastępca szefa Sztabu KG AK. Był zwolennikiem usamodzielnienia się władz krajowych od rządu w Londynie i jawnie kontestował rozkazy Naczelnego Wodza, gen. broni Kazimierza Sosnkowskiego. Według wielu świadków nawet wprowadzał swoich przełożonych w błąd, aby osiągnąć swoje cele.

"W drugiej połowie lipca, 21 względnie 22, szef operacji generał Okulicki referując dowódcy i szefowi sztabu Armii Krajowej sprawy dotyczące jego działu wysunął wniosek zmiany zadania dla okręgu Warszawa-Miasto w ramach akcji ‘Burza’. Pierwotny plan przewidywał przegrupowanie oddziałów okręgu poza miastem celem wykonania uderzenia na tylne straże sił niemieckich ustępujących z Warszawy.

Reklama

Zmiana zadania, którą zaproponował generał Okulicki, polegała na powierzeniu okręgowi Warszawa-Miasto wykonania w ramach planu ‘Burza’ zadania przewidzianego na wypadek powstania powszechnego, to jest opanowania stolicy uderzeniem wykonanym od wewnątrz. Plan tej akcji przygotowany od lat i utrzymywany w stałej aktualności znany był w szczegółach wszystkim dowódcom i jednostkom" - opowiadał na antenie Radia Wolna Europa generał Tadeusz Bór-Komorowski.

Wedle relacji dowódcy AK, Okulicki mówił, że "przez zajęcie Warszawy przed zajęciem jej przez Rosjan musiała się Rosja zdecydować aut aut: albo uznać nas, albo siłą złamać na oczach świata".

Na zwarcie

O pomyśle wywołania powstania w stolicy powiadomiono Londyn. 27 lipca ambasador RP Edward Raczyński spotkał się z ministrem spraw zagranicznych Wielkiej Brytanii, Anthonym Edenem, którego poinformował o planach AK, i poprosił Brytyjczyków, aby w momencie wybuchu powstania umożliwili i wsparli przerzucenie do Polski 1 Samodzielnej Brygady Spadochronowej. A także oddali do dyspozycji AK cztery polskie dywizjony lotnicze stacjonujące w Wielkiej Brytanii i zbombardowali niemieckie lotniska w pobliżu Warszawy. Żądania te nie tylko świadczą o braku wyobraźni, ale także jakiejkolwiek wiedzy militarnej.

Żądania Raczyńskiego wywołały konsternację wśród alianckich sztabowców. Już następnego dnia Biuro Spraw Zagranicznych przekazało Raczyńskiemu opinię członków Komitetu Szefów Sztabów. Pisano w niej, że "zupełnie niezależnie od trudności skoordynowania takiej akcji z rządem sowieckim (...) same tylko względy operacyjne muszą nas powstrzymać od zaspokojenia trzech żądań, jakie Pan wysunął w związku z niesieniem pomocy powstaniu warszawskiemu". Miało to swoje racjonalne przesłanki.

Przerzucenie brygady spadochronowej było niemożliwe. Potrzebne były minimum cztery dni dobrej pogody i około 170 samolotów transportowych i około 80 szybowców. Z Down Ampney, skąd brygada startowała do udziału w operacji Market-Garden, do Warszawy w linii prostej jest około 1750 km. Najbezpieczniejsza trasa, którą mogłaby polecieć taka armada, wiodła nad Morzem Północnym, Danią i Pomorzem Zachodnim. Tym samym około 1000 km ponad terytorium wroga. Dla załóg powolnych samolotów transportowych oznaczałoby to pewną śmierć.

Brytyjczycy zwrócili uwagę, że nikt w tej sprawie nie rozmawiał z Moskwą, a dotychczasowe doświadczenia, zebrane podczas kolejnych operacji Frantic, sugerowały, że Sowieci albo się nie zgodzą na lądowanie na ich terytorium, albo będą stwarzać problemy. Związane to było z ogromną nieufnością Stalina, który podejrzewał, że zachodni alianci wykorzystają te loty do szpiegowania terytorium ZSRR.

Przeciwnikiem wybuchu powstania był również Sosnkowski. Jednak premier Mikołajczyk postanowił, że ostateczną decyzję w sprawie rozpoczęcia działań zbrojnych ma wydać Delegat Rządu na Kraj - Jan Stanisław Jankowski. Wysłał do niego depeszę, w której pisał:

"Na posiedzeniu rządu RP zgodnie zapadła uchwała upoważniająca Was do ogłoszenia powstania w momencie przez Was wybranym. Jeżeli możliwe - uwiadomcie nas przedtem. Odpis przez wojsko do Komendanta AK. Stem".

Problem w tym, że rząd nie podjął takiej decyzji. Była to samowola premiera.

Sądny dzień

W poniedziałek 31 lipca 1944 roku w Warszawie odbyły się dwa spotkania, które zdecydowały o losach Warszawy. Pierwsze rozpoczęło się koło godziny 10.00 i skończyło się koło 13.00. Wówczas nie podjęto żadnych decyzji, choć Okulicki naciskał, aby rozpocząć walki jak najszybciej, aby cywilne władze zdążyły się przygotować na przejęcie władzy i powitanie Sowietów. Bór-Komorowski stwierdził, że jest na to jeszcze za wcześnie. Kolejne spotkanie miało odbyć się o godzinie 18.00.

W tym czasie Zgrupowanie Stołpecko-Nalibockiego AK doszczętnie rozbiło kwaterującą pod Aleksandrowem kompanię Wehrmachtu. Z kolei radzieckie czołówki nadchodziły od strony Lublina. Radziecka 2. Armia Pancerna 30 lipca zdobyła Radzymin i Wołomin oraz Starą Miłosną.

O godzinie 17.00 w mieszkaniu przy ul. Pańskiej 67, w którym mieściła się kwatera Bora-Komorowskiego, pojawił się płk Antoni Chruściel, który poinformował obecnych, że na Pradze pojawiły się radzieckie czołgi, które przerwały niemieckie linie obronne, a niemiecki garnizon w Legionowie w panice opuścił koszary. Ponadto do niewoli miał trafić dowódca 73. Dywizji Piechoty, broniącej przedmościa, radzieckie dywizje przygotowują się do przekroczenia Wisły, a na Pragę przerzucona została niemiecka dywizja pancerna "Hermann Goering".

Pułkownik sugerował, aby natychmiast rozpocząć powstanie, nim będzie za późno i bolszewicy spiją całą śmietankę.

Bór-Komorowski rozkazał wezwać natychmiast Jana Jankowskiego.

"Napotkaną po drodze rikszą, adiutant pojechał i przywiózł niebawem delegata rządu. W obecności oficerów sztabu i komendanta okręgu przedstawiłem delegatowi rządu sytuację i oświadczyłem, że zdaniem moim nadszedł czas, by podjąć działania" - wspominał generał. 

Wedle raportu Bora-Komorowskiego Armia Czerwona stała już u bram Warszawy, a niemiecka obrona została zdezorganizowana. Jankowski wyraził zgodę na rozpoczęcie powstania. O godzinie 17:45 Bór-Komorowski wydał Chruścielowi rozkaz rozpoczęcia akcji zbrojnej 1 sierpnia 1944 roku.

Po powrocie do swego sztabu, mieszczącego się przy ul. Filtrowej 68, pułkownik Chruściel wydał rozkaz:

Alarm do rąk własnych Komendantom Obwodów. Dnia 31.7. godz. 19. Nakazuję W dnia 1.8. godzina 17.00. Adres m. p. Okręgu: Jasna 22 m. 20 czynny od godziny W. Otrzymanie rozkazu natychmiast kwitować. (-) "X"

Nie było już odwrotu. Tymczasem sytuacja wyglądała zgoła inaczej, niż przedstawił ją Chruściel.

Bolszewicy w odwrocie

Dowódcy Armii Krajowej zupełnie nie znali sytuacji na przedpolach Warszawy. Co gorsze nie zdawali sobie sprawy z sytuacji politycznej, a hurraoptymistyczne depesze Mikołajczyka wręcz szkodziły. Kiedy decyzja o rozpoczęciu powstania została wydana, do mieszkania na Pańskiej zaczęli przychodzić dowódcy oddziałów polowych.

Kiedy usłyszeli o rewelacjach Chruściela, złapali się za głowy. Oficerowie uznali, że doniesienia "Montera" były co najmniej przesadzone.

Prawdą jest, że pojedyncze radzieckie czołgi pojawiły się w Międzylesiu i Sowieci zdobyli wieś Radość. Jednak dość szybko nastąpiło przeciwnatarcie pięciu niemieckich dywizji, w wyniku którego 3. Korpus Pancerny o mało nie został okrążony i odcięty na zdobytych pozycjach w Radzyminie i Wołominie.

W momencie wydawania rozkazu, radzieccy pancerniacy już się cofali i walczyli o możliwość oderwania się od atakujących Niemców. 1 sierpnia o 4:10 dowódca radzieckiej armii gen. mjr Aleksiej Radzijewski, wydał rozkaz do przejścia do obrony. Nie było nadziei, że Armia Czerwona w najbliższych dniach ruszy do ataku. Tymczasem w Warszawie do boju ruszyło 20 tys. żołnierzy, z których zaledwie 15-25 procent dysponowało bronią. Na przykład na Woli z 1050 zmobilizowanych żołnierzy, zaledwie 200 posiadało karabin, a najczęściej pistolet.

Od fałszywego meldunku rozpoczęła się agonia Warszawy. Gen. dyw. Władysław Anders napisał do Naczelnego Wodza:

"Jestem na kolanach przed walczącą Warszawą, ale sam fakt powstania w Warszawie uważam za zbrodnię. Dziś oczywiście nie jest jeszcze czas na wyjaśnienie tej sprawy, ale generał Komorowski i szereg innych osób stanie na pewno przed sądem za tak straszliwe, lekkomyślne i niepotrzebne ofiary. Kilkaset tysięcy zabitych, doszczętnie zniszczona Warszawa, straszliwe cierpienia całej ludności, zniszczony dorobek kultury kilku wieków i wreszcie całkowite zniszczenie ośrodka oporu narodowego, co dziś szalenie ułatwia zadanie sowietyzacji Polaków".

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL