Historia Józefa i Rebeki Bauów to opowieść o miłości i odwadze w mrocznych i okrutnych latach II wojny światowej. Oboje przeżyli krakowskie getto i obóz w Płaszowie, gdzie mimo głodu, strachu i wszechobecnej śmierci, zakochali się i pobrali, wymieniając srebrnymi obrączkami zrobionymi z przetopionej łyżeczki. Po wojnie wyjechali do Izraela, ale nigdy nie zapomnieli o Polsce i dawnych znajomych - nauczyli córki języka polskiego, regularnie wysyłali paczki pełne pomarańczy, marzyli o tym, by jeszcze raz odwiedzić Kraków.
Katarzyna Pruszkowska: Wiem, że Józef Bau pochodził z dość ciekawej rodziny. Może pani opowiedzieć coś o jego najbliższych krewnych?
Renata Baume: - Józef urodził się w 1920 roku w Krakowie, w rodzinie zasymilowanych Żydów, posługującej się językiem polskim i silnie związanej z polską kulturą. Jeden z braci ojca był co prawda rabinem, jednak liberalnym i bardzo szanowanym w Żywcu, gdzie mieszkał; drugi miał w Warszawie dobrze prosperujące kino, a ich siostra, Salomea, była pierwszą kobietą, która w niepodległej Polsce uzyskała dyplom lekarza medycyny. Natomiast ojciec Józka różnił się od rodzeństwa - nie osiągnął podobnego sukcesu zawodowego, był raczej marzycielem. Ożenił się późno, bo po 40-tce, z dziewczyną, która mieszkała na stancji w jego rodzinnym domu, na krakowskim Kazimierzu, przy ulicy Wrzesińskiej. Myślę, że para została wyswatana, bo Abrahamowi nie spieszyło się do ożenku i założenia rodziny. Po ślubie zostali w Krakowie, choć ze wspomnień Józka wynika, że często bywali w majątku rodziny ojca pod Rzeszowem, który małemu chłopcu, przywykłemu do miasta, kojarzył się z "rajem". Mama Józefa Cyla Bau prowadziła sklep z kapeluszami przy ulicy Szewskiej 16, więc rodzinie wiodło się całkiem nieźle.
Jakim dzieckiem był Józef?
- Wrażliwym i utalentowanym, choć po ojcu odziedziczył skłonność do chodzenia z głową w chmurach. Dość wcześnie ujawnił się jego talent plastyczny, od dzieciństwa rysował, m.in. karykatury. Uczył się nieźle, zdał nawet pomyślnie egzaminy do państwowego gimnazjum, ale ostatecznie z braku miejsc nie został przyjęty i trafił do gimnazjum hebrajskiego, choć nie znał ani hebrajskiego, ani nawet liter tego alfabetu. Nic w tym dziwnego, bo jego rodzina nie była szczególnie religijna, choć rodzice zadbali o to, by Józef miał bar micwę, czyli uroczystość, podczas której chłopiec staje się w świetle prawa religijnego dorosły. Zresztą z bar micwą wiąże się jedna z anegdot rodzinnych, przekazywanych z pokolenia na pokolenie. Mianowicie podczas przygotowań odwiedzający Józefa rabin uczył go modlitw po hebrajsku. Józek miał w tym okresie sen, w którym usłyszał słowa "dojdziesz do Betel". Wtedy nie zrozumiał tych słów, ale po latach już tak, bo Bet-El to dosłownie "dom Boga", a po wojnie Bau wyjechał do Izraela. Zresztą córki Józefa podkreślają, że takich "cudów" było w życiu ich ojca wiele - na przykład na kilka miesięcy przed wybuchem wojny Józek zafascynował się szwabachą, czyli pismem gotyckim, które było rozpowszechnione w Rzeszy. Umiejętność pisania gotykiem pomogła mu przeżyć wojnę.

A co wiemy o dzieciństwie Rebeki Tennenbaum, czyli późniejszej żony Józefa?
- Rebeka pochodziła z Kresów, ze wsi położonej pod Tarnopolem. Kiedy miała 7 lat zmarła jej matka, więc, jak to często bywało, mała Rebeka została oddana na wychowanie do siostry matki, Róży, która mieszkała z rodziną w Zbarażu. Po jakimś czasie ojciec ożenił się ponownie, ale córka już nigdy z nim nie zamieszkała - wraz z wujostwem w 1937 roku przeprowadziła się do Krakowa, zdała maturę i chciała rozpocząć studia medyczne. Ponieważ ze względu na numerus clausus (łac. "liczba ograniczona" - dyskryminowanie członków konkretnej grupy podczas naboru na studia czy do pracy), nie było to możliwe, zapisała się na kursy pielęgniarskie i kosmetyczne. Kiedy wybuchła wojna wujostwo uciekli do Zbaraża, a Rebeka odmówiła wyjazdu, bo nie chciała zostawić swoich ukochanych psów.
W ten sposób podzieliła los krakowskich Żydów.
- Ponieważ została w Krakowie sama, musiała zacząć samodzielnie się utrzymywać pracując w drogerii na Grodzkiej. Po przejściu do getta przez pewien czas pracowała w fabryce guzików, ale była "za mało zręczna w palcach". Z kolei w wytwórni wody sodowej nie radziła sobie z dźwiganiem ciężkich skrzynek z butelkami. W końcu została zatrudniona w HKP, czyli Wojskowym Parku Samochodowym przy ul. Grzegórzeckiej. Sprzątała tam koszary, obierała ziemniaki w kuchni i myła pojazdy.
- To zajęcie było dla niej wytchnieniem, bo mogła kontaktować się z Polakami, którzy również tam pracowali. Tak poznała Janka Kutrzebę, późniejszego księdza i jego rodzinę. Janek Kutrzeba przesyłał w imieniu Rebeki paczki dla rodziny na Kresach oraz przechował jej kosztowności, które mogła odebrać po wojnie. Dzięki innym polskim pracownikom HKP znalazła dostęp do składników, z których wyrabiała kosmetyki i sprzedawała je w getcie. Była delikatna i wrażliwa, ale walczyła o to, by żyć. Z jej wspomnień wynika, że ani na chwilę nie zwątpiła w to, że ocaleje. Pracując w HKP bardzo dbała o ręce, przekonana, że kiedyś będzie kosmetyczką, a one powinny mieć wypielęgnowane dłonie.
Z jej biografii wynika, że miała silny charakter, a wojna nie zmusiła jej do porzucenia swoich wartości.
- To prawda. Niedawno ktoś powiedział, że odwaga Rebeki była większa niż system, który próbował ją zniszczyć. Nie godziła się na to, by wojną usprawiedliwiać niemoralne zachowania. Przemoc i zdrada, które dla tak wielu stały się codziennością, jej nigdy nie spowszedniały. Pewnego razu Rebeka była świadkiem próby ucieczki młodej kobiety z getta. Rebeka stanęła w jej obronie i sprawiła, że polski policjant wypuścił uciekinierkę. Jej przyjaciółka wspominała potem, w tamtych czasach większość ludzi pilnowała swojego nosa i nie rwała się do pomocy, bo takie akty heroizmu często kończyły się dla pomagającego śmiercią.

A co działo się z Józefem po wybuchu wojny?
- Na początku musiał wyprowadzić się z Krakowa, bo w mieście pozwolono zostać tylko Żydom, którzy byli zatrudnieni w przedsiębiorstwach ważnych dla nazistów. Z niespełna 70 tys. ludności pochodzenia żydowskiego, w mieście pozostało ich ok. 15 tys. Józek przez kilka miesięcy mieszkał z bratem w podkrakowskiej Olszy. Wiosną 1941 roku wspólnie przedostali się do nowo utworzonego getta i razem z rodzicami zamieszkali przy placu Zgody 1 (dziś Plac Bohaterów Getta - przyp. red.). Była to dziś już nieistniejąca wiejska chata, kryta strzechą, w której wraz z rodzicami i braćmi zajęli jedną izbę. W tamtym czasie przebywający w getcie Żydzi mogli jeszcze z niego wychodzić do pracy - sklep matki Józka szybko został przejęty przez Niemców, ale ona nadal była w nim zatrudniona w charakterze pomocnicy. Dzięki temu mogła mieć kontakty z Polakami, zdobywać jedzenie czy leki. Sytuacja zmieniła się w 1942 roku - getto zostało zamknięte, zmniejszono jego powierzchnię przeprowadzono dwie wielkie i krwawe akcje deportacyjne. Warunki życia pogarszały się aż do marca 1943 roku, kiedy to getto zostało zlikwidowane. Ze wspomnień Józka wynika, że jedną z rzeczy, która pozwoliła mu jakoś przetrwać ten czas, była sztuka - czytał, rysował, grał na skrzypcach, pisał wiersze. To wszystko stanowiło odskocznię od okrutnej codzienności.
- W jednym z wierszy pytał: "Powiedz mi Boże.../ Nie, Ty mówić nie możesz/ więc daj mi znać Boże/ Czy pożyczając mi życia pokrowiec/ Powiedziałeś: oto tworzę/ Teraz stwór na pośmiewisko/ Innych stworzeń/ Na katusze/ I zgubę/ Go przeznaczam/ Czy tchnąc we mnie duszę/ Postanowiłeś: oto człowiek".
W czasie likwidacji getta rozegrała się rodzinna tragedia - zginął mały Ignaś Bau, braciszek Józefa.
- To prawda - śmierć Ignacego, który miał zaledwie 13 lat, była dla Józka ogromną traumą, z którą nie poradził sobie do końca życia. Na kilka tygodni przed likwidacją Izio został odseparowany od rodziny. Getto zostało podzielone na dwie części - w jednej przebywały osoby zakwalifikowane jako zdolne do przejścia do obozu w Płaszowie i pracy, w drugiej - ludzie "bezproduktywni" - starzy, chorzy i dzieci do 14 roku życia. W czasie likwidacji getta Niemcy dokonywali egzekucji ustawiając dzieci po kilka w jednym szeregu - tak, by jedna kula mogła zabić kilkoro jednocześnie i prawdopodobnie w ten sposób zginal Izio. Na kilka dni przed śmiercią zdołał przekazać przez kogoś list do mamy. W liście tym prosi mamę by nie martwiła się jeśli będą jakieś "złe wieści", na koniec dorzuca: "Wszystko na opaczność boską"... Choć podczas wojny zginęła niemal cała rodzina Józefa, to właśnie o Iziu, nie potrafił mówić; nigdy nie znalazł słów, którymi mógłby opisać swój ból. Po przejściu do Płaszowa Józef rozpoczął pracę jako kreślarz i grafik w biurze budowy obozu, które zajmowało się rozbudową jego infrastruktury. W obozie przebywał także jego brat Marcel oraz rodzice.
- Rebeka nie była świadkiem likwidacji getta, trafiła do obozu w Płaszowie już w grudniu 1942 roku, wraz z grupą, która budowała pierwsze baraki. Początkowo wychodziła do pracy w HKP a po zlikwidowaniu jej placówki pragnąc "uratować się aby żyć" podczas jednego z apeli skłamała, że jest urzędniczką, w ten sposób została skierowana do prac biurowych. Dość szybko też zorientowano się, że zna się na kosmetyce i potrafi wykonywać manicure - dostała więc polecenie, by troszczyć się o dłonie najbardziej przerażającej i znienawidzonej przez więźniów osoby w obozie - okrutnego komendanta Amona Götha.

Słynącego również z wyjątkowego wręcz okrucieństwa i pazerności - dość powiedzieć, że Göth był pierwszą osobą skazaną za zbrodnie ludobójstwa. Został powieszony w 1946 roku w Krakowie, a jego ostatnie słowa miały brzmieć: "Heil Hitler!".
- Göth był niekwestionowanym władcą obozu płaszowskiego. Pierwszy rok istnienia obozu charakteryzował się niezwykłym okrucieństwem i brutalnością, komendant nie odpowiadał przed nikim za swoje czyny, mógł zabijać do woli. Dopiero przekształcenie obozu w Płaszowie w koncentracyjny - paradoksalnie - nieco ukróciło samowolę Götha. Wprowadzono pewne regulacje i biurokratyczne ograniczenia z czym Göthowi trudno było się pogodzić. We wrześniu tegoż roku został aresztowany przez władze niemieckie - nie za mordowanie, a za nielegalne przywłaszczanie sobie majątku osadzonych; do Płaszowa już nie wrócił.
Wiem, że Józef i Rebeka poznali się w obozie. Może pani opowiedzieć o okolicznościach ich pierwszego spotkania?
- Chętnie, bo to przepiękna historia. Józef otrzymał zlecenie, by wykonać kopię planu obozu. Martwił się, bo tego dnia nie było słońca, a ono było potrzebne, by uruchomić procesy chemiczne substancji, których używał podczas kopiowania. Stał więc z ramką przy jednym z budynków, kiedy podeszła do niego dziewczyna w "sukience w paski" i zapytała go co robi? Powiedziała mu później, że była przekonana, że daje znaki amerykańskim samolotom. Józek opowiedział jej, że chce zrobić kopię i czeka na słońce, które nie chce się pojawić. Widać Rebeka od razu wpadła mu w oko, bo swoją wypowiedź zakończył pytaniem: "a może ty będziesz moim słońcem?". Rebeka się zarumieniła i uciekła, ale odbitka udała się. Józek uznał, że to właśnie ta nowopoznana dziewczyna mu pomogła i postanowił ją odnaleźć. Wkrótce zaczęli się spotykać. Mimo tragicznych warunków - głodu, wycieńczającej pracy, widma śmierci, uczucie narodziło się i zakwitło. Na jednej z randek Józek podarował Rebece marchewkę, przynosił jej też ciepłą wodę, żeby mogła się umyć. Po wojnie wspominała, że dzięki temu nie miała tylu wszy i czyraków, co jej towarzyszki z baraku. W końcu Józef zrobił to, co wielu zakochanych mężczyzn przed nim, czyli się oświadczył.
Wokół szalała wojna, w obozie ludzie ginęli od kul, umierali z głodu i chorób. A pewnego dnia dwoje zakochanych ludzi postanowiło się pobrać.
- A konkretniej - pewnej ciemnej nocy, w jednym z baraków. Ślubu udzieliła im matka Józka, a wymienili się obrączkami zrobionymi ze srebrnej łyżeczki, którą Józek zdobył sprzedając kilka swoich porcji chleba. Oczywiście wszystko odbywało się w tajemnicy. Ich ślub odbył się 13 lutego 1944 roku, drugi - oficjalny - tego samego dnia dwa lata później, w wyzwolonym Krakowie. Kiedy w 1950 roku Bauowie zdecydowali się na wyjazd do Izraela i Józef poprosił w Urzędzie Stanu Cywilnego o kopie aktu ślubu okazało się, że urzędnik zapisał ślub pod datą 14 lutego, prawdopodobnie nie chciał żeby małżeństwo było pechowe. Córki lubią powtarzać, że ich rodzice pobrali się w święto zakochanych.

Jednak ten drugi ślub mógł się nigdy nie odbyć, bo podczas likwidacji obozu w Płaszowie małżonkowie zostali rozdzieleni.
- W połowie 1944 roku widmo zbliżającego się frontu radzieckiego, sprawiło, że podjęto decyzję o likwidacji obozu płaszowskiego i wywózce więźniów do innych obozów. Najpierw wyjechali mężczyźni, w tym także i Józef. Na kilka dni trafił na samo dno piekła - do Groß-Rosen. Później - będąc na liście Schindlera trafił do jego obozu w Brünnitz. Dopiero w połowie lat 90 jego żona zdradziła swój sekret - to ona oddała mężowi swoje miejsce na liście Schindlera. Warunki życia w Brünnitz były - oczywiście w porównaniu do innych obozów - całkiem przyzwoite. Schindler dbał, by więźniowie mieli co jeść i nie pracowali ponad siły (w fabryce produkowano amunicję, jednak w rzeczywistości był to sabotaż - pociski były bowiem uszkadzane - przyp. red.).
- Z kolei Rebeka, wraz z teściową, Cylą Bau, trafiły do Auschwitz Birkenau. Tam je rozdzielono - Cylę odesłano do Bergen Belsen a Rebeka po trzech tygodniach trafiła do niewielkiego obozu Lichtewerden, gdzie pracowała przy produkcji nici. Być może właśnie dlatego, że obóz nie był duży, więźniarki bardzo się zżyły i sobie pomagały. Po kilku latach terroru, ciężkiej pracy i nieustannego głodu były już na skraju wytrzymałości. Dlatego właśnie to wsparcie było w tym czasie tak ważne. Rebeka, która pomaganie miała we krwi, została nieformalną liderką więźniarek, podtrzymywała je na duchu, nie pozwalała im tracić nadziei, że same przeżyją. W maju 1945 roku obóz został wyzwolony przez Armię Czerwoną. Rebeka postanowiła wrócić do Krakowa, przekonana, że spotka tam Józka. Razem z innymi więźniarkami zorganizowała furmankę i konia, jednak po kilku dniach podróży doszło do wypadku i Rebeka trafiła do szpitala.
Zbliżamy się do kolejnego cudu, a mianowicie tego, jak Józkowi udało się odnaleźć Rebekę.
- Ich historia wydaje się momentami wręcz nieprawdopodobna. Po powrocie do Krakowa z Brünnlitz Józek udał się najpierw do dawnego mieszkania na Kremerowskiej z nadzieją spotkania mamy i brata. Kiedy nikogo tam nie zastał ruszył w stronę Komitetu Żydowskiego przy ulicy Długiej 38 i zaczął rozpytywać o zonę. Ktoś powiedział mu o kraksie furmanki. Józek postarał się o przepustkę i - wciąż ubrany w pasiak z Brünnlitz - wyruszył na poszukiwanie Rebeki. Zupełnie przypadkowo znalazł się na posterunku policji, tam pokazał swoją przepustkę i wyjaśnił, że szuka żony. Jeden z policjantów powiedział: "podobny wypadek z furmanką zdarzył się u nas, może kobiety, które nią jechały, wiedzą, gdzie jest twoja żona". Józek poszedł do szpitala, stanął przed budynkiem i zaczął gwizdać znaną im obojgu melodię. A Rebeka, która oczywiście była w tym szpitalu, rozpoznała melodię i wybiegła mężowi na spotkanie.

W książce cytuje pani Rebekę, która tak wspomniała powrót w Czech do Krakowa: "To była nasza podróż poślubna. Byliśmy tacy szczęśliwi w naszych nadto skromnych ubraniach, z kawałkiem czarnego chleba w papierze (...). Przez pięć lat nie widzieliśmy świata więcej jak lager i jego okolica. Zapomnieliśmy nawet, co to kwiaty, zapach łąk i drzew. Nie wiedzieliśmy owoców ani zwierząt, ani ludzi pogodnych i życzliwych". Wreszcie, po sześciu koszmarnych latach, byli wolni.
- Można powiedzieć, że mieli szczęście - bo byli razem. Prawie całe ich rodziny zginęły - ojciec Józka jeszcze w Płaszowie, jego matka podczas wyzwalania Bergen-Belsen, do którego trafiła z Auschwitz-Birekau (zmarła po tym, jak Brytyjczycy dali więźniarkom jedzenie; wyniszczony organizm nie poradził sobie z trawieniem - przyp. red.). Jak wielu innych ludzi po wojnie musieli zaczynać życie na nowo. Rebeka zaczęła pracować jako kosmetyczka, a Józef dokończył studia plastyczne i pracował dla kilku gazet jako grafik i karykaturzysta. Urodziła się ich pierwsza córka Halinka. W 1950 roku zdecydowali się na wyjazd do Izraela. A tam znowu musieli zaczynać życie od początku... W połowie lat 50. Józef otworzył w Tel Awiwie własne studio, zajął się grafiką użytkową, reklamą i filmem animowanym. Mówi się nawet, że był izraelskim Waltem Disney’em. Józek zaczął też pracować dla służb specjalnych, więc obowiązywała go dyskrecja; nie bardzo mógł sobie pozwolić na rozpoznawalność i życie "na świeczniku".

Ponieważ interesuję się tematyką Holokaustu, znam wiele świadectw osób, które przeżyły wojnę, wyjechały, założyły rodziny - ale to życie po Zagładzie zawsze było już naznaczone bólem, tajemnicami, tęsknotą za bliskimi, którzy zginęli. Tymczasem Józek i Rebeka nie ukrywali tego, co przeżyli; udało im się także stworzyć córkom ciepły, kochający dom.
- To prawda. Byli ze sobą 53 lata - do śmierci Rebeki, która zmarła w 1997 roku, przez cały ten czas byli ze sobą szczęśliwi. Traumy, które niewątpliwie nieśli, jak choćby śmierć Izia, nie uniemożliwiły im "normalnego" życia, ale także nie sprawiły, że zamilkli. Po wojnie wielu ludzi, którzy wyjechali do Izraela, nie mówiło o tym, co działo się w obozach. Chcieli zapomnieć o tym upodleniu, pogardzie, zwierzęcym strachu. Bauowie zawsze podkreślali, że o tym, co się wydarzyło, nigdy nie wolno zapomnieć. Ich córki wiedziały "od zawsze" o tym, że ich rodzice byli w obozach. Choć trzeba przyznać, że opowieść Rebeki i Józka, jest nietypowa, pełna nie tylko bólu, ale i miłości. Może takie historie łatwiej wspominać?
- Bauowie nie zerwali również więzi z Polską - choć Józef szybko nauczył się języka hebrajskiego, zadbał o to, by jego córki mówiły po polsku. Utrzymywali także kontakt z przyjaciółmi z Krakowa. Wysyłali do Polski listy, paczki, a nawet skrzynki pomarańczy - mimo że sami żyli bardzo skromnie, a koszt przesyłek był wysoki. A propos pomarańczy - Rebeka wysyłała je regularnie przed prawie 45 lat. Kilka miesięcy po jej śmierci firma, z której usług przez cały czas korzystała, odezwała się z pytaniem, co się stało, że pani Rebeka nie złożyła kolejnego zamówienia. Córka wyjaśniła, że więcej przesyłek nie będzie, bo mama zmarła. Józek odszedł 5 lat później. Oboje przez całe życie marzyli o tym, by jeszcze choć raz odwiedzić Polskę, ale nigdy im się to nie udało.




![“Upiór Polski [...] opuścić swą norę w Sulejówku”](https://i.iplsc.com/0007KD9QUHVX2F2X-C401.webp)






