Katarzyna Adamczak, Interia.pl: W ubiegłym roku archeolodzy prowadzili prace wykopaliskowe w "Dolinie Śmierci" w Chojnicach. Skąd ta nazwa?
Dr hab. Tomasz Ceran: - "Dolina śmierci" to nie jest określenie naukowe, ale nazwa nadana przez miejscowych ludzi. Stworzyli ją mieszkańcy, którzy żyli w tym okresie i widzieli (choć naocznych świadków była tylko garstka) lub domyślali się, co wydarzyło się w tym miejscu. Podobnie było zresztą w Fordonie (obecnie dzielnica Bydgoszczy), tam też mówiono o "Dolinie Śmierci".
W Chojnicach odkryto masowe groby z czasów II wojny światowej. Czyje ciała w nich spoczywały?
- Chojnice to jest jedno z najważniejszych miejsc zbrodni pomorskiej 1939 roku. W Chojnicach miały miejsce masowe egzekucje, co najmniej dwóch, a w zasadzie trzech, grup społecznych. Z jednej strony mamy eksterminację polskiej inteligencji lokalnej. Wśród zamordowanych są przedstawiciele elit, ale też zwykli rolnicy i robotnicy, którzy mieszkali w Chojnicach i w powiecie chojnickim w tamtym okresie.
- Druga grupa społeczna to są osoby chore psychicznie. W Chojnicach funkcjonowała filia szpitala psychiatrycznego ze Świecia, w której przebywało 217 osób. Wszyscy zostali rozstrzelani w 1939 roku. Po wojnie odkryto 61 ciał, ale jako historycy wiedzieliśmy, że powinno być ich znacznie więcej. Dopiero w 2024 roku dr Dawid Kobiałka w ramach projektu "Archeologia Zbrodni Pomorskiej" odnalazł pozostałe ciała - prawie 160 osób.
- W Chojnicach, tak jak w innych miejscach kaźni, byli mordowani też lokalni Żydzi. Żydów na Pomorzu było bardzo niewielu i wszyscy oni jesienią 1939 roku zostali albo eksterminowani, albo wysiedleni. Z punktu widzenia okupanta "problem żydowski" jesienią 1939 roku został w województwie pomorskim "rozwiązany".
- Zawsze to podkreślam, ofiarami jest tu ludność cywilna, to nie są żołnierze. Ci ludzie nie walczą, to nie są działania zbrojne rozumiane jako walka zbrojna, starcie armii. Do egzekucji dochodzi już po zajęciu Pomorza. To jest ludobójstwo będące elementem niemieckiej polityki okupacyjnej.

Myślenie o województwie pomorskim w dzisiejszych granicach może być mylące w kontekście zbrodni pomorskiej 1939...
- Tak, bardzo mylące, bo mówimy tu o przedwojennym województwie pomorskim w granicach z 1939 roku. Wtedy Wolne Miasto Gdańsk nie należało do Polski, było po prostu autonomicznym miastem-państwem. Naziści jednak tam cieszą się wysokim poparciem. Stolicą przedwojennego województwa pomorskiego jest Toruń, a obejmuje ono ziemie od Gdyni, po Wejherowo, Starogard, Chojnice, Bydgoszcz, Inowrocław, Włocławek. Wielkie przedwojenne województwo pomorskie to dziś część województwa pomorskiego i województwo kujawsko-pomorskie.
Do masowego mordowania Polaków w 1939 roku dochodziło nie tylko w Chojnicach?
- Do tego typu zbrodni dochodziło na całym Pomorzu Gdańskim. Mamy prawie 400 miejsc kaźni, gdzie na większą lub mniejszą skalę mordowano ludzi. To była zaplanowana akcja, która miała na celu: z jednej strony odpolszczyć ten teren, czyli usunąć inteligencję, z drugiej strony usunąć osoby chore psychicznie, a z trzeciej strony usunąć Żydów. Ten teren miał być niemiecki w sensie narodowo-socjalistycznym, dlatego w niemieckich Prusach Zachodnich nie ma miejsca na te trzy grupy społeczne.
Zobacz również: "Nieuzasadniony, pozbawiony sensu odruch". Mówił o powstaniu Naczelny Wódz
Czy w każdej z tych 400 miejscowości mechanizm mordowania był ten sam?
- Wszędzie mechanizm wyglądał podobnie, ale musimy pamiętać, że miejscowości były bardzo różne, co wpływało też na skalę zbrodni. Z jednej strony są miejscowości, gdzie zabijano setki, a nawet tysiące osób, na przykład w Piaśnicy obok Wejherowa [do tej pory zidentyfikowano 2,5 tys. ofiar: polskiej ludności cywilnej i pacjentów szpitali psychairtycznych przywiezonych m. in. z Rzeszy - przyp. red.], w Dolinach Śmierci w Chojnicach i Bydgoszczy, Szpęgawsku koło Starogardu, podtoruńskiej Barbarce, Klamrach koło Chełmna, Karolowie w powiecie sępoleńskim i mógłbym tak wymieniać, ale z drugiej strony są też miejsca, gdzie rozstrzelano pojedyncze osoby, a ciała porzucano w przydrożnym rowie.
Jak wyglądał mechanizm zbrodni i czym były Mordkomission?
- Mechanizm zbrodni był bardzo prosty. Dzięki wiedzy Volksdeutschy następowała selekcja osób typowanych do zamordowania. We wsiach i małych miejscowościach zatrzymywano liderów lokalnych społeczności, ale też zwykłych rolników i robotników. Wystarczyło, żeby jakiś Niemiec był w konflikcie z jakimś Polakiem, w 1939 roku mógł ten konflikt rozwiązać, czyli doprowadzić do zatrzymania, a w efekcie zamordowania sprawiającego problem polskiego sąsiada.
- Ci wyselekcjonowani ludzie byli zatrzymywani w różnego rodzaju aresztach, a następnie przewożono ich do większych miejscowości, gdzie funkcjonował obóz przejściowy, a w nim Mordkommission - była to komisja, która decydowała o życiu aresztowanych. Na początku to lokalni członkowie Selbstschutz podejmowali decyzję. Komisja składała się z dwóch-trzech etnicznych Niemców, którzy zaświadczali, że dany Polak prezentował postawę antyniemiecką. Za postawy antyniemieckie można było uznać absolutnie wszystko: opowiadanie żartów o Hitlerze albo konflikt o ziemię z sąsiadem narodowości niemieckiej. Osoby w ten sposób wyselekcjonowane najczęściej skazywano na śmierć.
- Z tymczasowych obozów zatrzymań, w których najczęściej znęcano się nad więźniami, przewożono ich ciężarówkami na miejsce kaźni. Najczęściej były to piaskownie i lasy w pobliżu większych miejscowości. Niemcy chcieli ukryć zbrodnie, a z drugiej strony chodziło o to, żeby małym nakładem pracy zasypać jak największą liczbę ciał. Na miejscu czekał pluton egzekucyjny, który z reguły składał się z członków Volksdeutscher Selbstschutz. Ludzie byli masowo zwożeni do lasów i masowo rozstrzeliwani.

Po co Niemcom był proces selekcji?
- Z logistycznego punktu widzenia wymordowanie całej ludności polskiej byłoby trudne, poza tym uważali, że to terytorium jest niemieckie, więc musieli mieć pomysł, co z nim zrobić. Wierzyli, że wielu mieszkańców Pomorza i Kujaw można "odzyskać" dla niemieckości. Na pewno nie chcieli powtarzać błędów z XIX wieku. Zależało im, żeby tym razem germanizacja była skuteczna. Oni uważali, że ten teren od zawsze był niemiecki, a przez 20 lat znajdował się pod polską okupacją, musieli więc zapanować nad społeczeństwem, a znali historię. Wiedzieli, że Polacy pod okupacją prędzej czy później wywołają jakieś powstanie, dlatego ich akcja w pewnym sensie miała charakter prewencyjny, co wynika z dokumentów. Niemcy założyli, że im więcej zabiją ludzi teraz, tym mniejszy będzie opór później.
- Oni selekcjonowali i zabijali potencjalnych powstańców — ludzi, którzy gdyby dożyli 1940 roku, mogliby zorganizować Polskie Państwo Podziemne, stawiać jakiś opór, stać się barierą dla skutecznej germanizacji. Naziście mieli rację. Polskie Państwo Podziemne na Pomorzu oczywiście powstało, ale nigdy nie mogły się rozwinąć w takim stopniu jak np. w Generalnym Gubernatorstwie, gdzie represje w 1939 r. były znacznie mniejsze.
- Z drugiej strony to jasno widać, że masowe mordy były fundamentem całej niemieckiej polityki okupacyjnej. Niccolo Machiavelli w "Księciu" napisał, że terror, aby był skuteczny, musi być stosowany w minimalnym czasie, w maksymalnym natężeniu. Niemcy to robią. Na Pomorzu po jesieni 1939 roku fala terroru nigdy nie będzie już tak wielka. Zdarzają się później pojedyncze egzekucje, ale to nie są już zbrodnie na skalę masową.
- W tym sensie te trzy miesiące 1939 roku są kluczowe dla całej okupacji. Niemcy przez te trzy miesiące sięgają do tak radykalnej metody okupacji, że żaden Polak na Pomorzu i Kujawach, nie mógł mieć pewności, że to się nie powtórzy. A to oznacza na przykład zastraszenie podczas wpisywania na niemiecką listą narodowościową. Konsekwencją przyjęcia listy jest przymusowa służba Polaków w Wehrmachcie. Wszystkich Pomorzan, których to spotkało, należy jednak postrzegać jako ofiary niemieckiej okupacji, a nie sprawców. Znamy także przypadki, że do armii niemieckiej zostali wcieleni Polacy, którym udało się uciec z egzekucji w 1939 r. Do tego samego Wehrmachtu trafili też sprawcy zbrodni pomorskiej 1939 - byli członkowie Selbstschutzu Westpreussen. Moim zdaniem pierwsze trzy miesiące wojny definiują całą okupację niemiecką na Pomorzu. Wprowadzony terror ma charakter prewencyjny, eksterminacyjny i w pewnym sensie polityczny — gwarantuje, stanowi podwalinę skuteczności pozostałych metod realizowania polityki.
- Proszę zwrócić uwagę, że gdy zbrodnia pomorska 1939 się kończy, to Albert Forster wydaje zarządzenie, gdzie nakazuje wysiedlenia Polaków, ale w pierwszej kolejności rodziny osób wymordowanych w 1939 roku. To jest cały system naczyń powiązanych, które trzeba postrzegać razem, bo wtedy można odtworzyć główny cel polityki niemieckiej na tych terenach.

Niemcy uważali teren przedwojennego województwa pomorskiego za integralną część swojego kraju, czy miało to odbicie w strukturze narodowościowej na tym terenie? W dwudziestoleciu międzywojennym Polacy w Gdańsku byli mniejszością, czy podobnie sytuacja przedstawiała się w województwie pomorskim?
- Sytuacja w Gdańsku i województwie pomorskim była całkowicie inna. Przez cały okres dwudziestolecia w Wolnym Mieście Gdańsku 90 proc. mieszkańców to Niemcy, Polacy stanowią niecałe 10 proc.
- Na Pomorzu to się zmienia i zależy, o jakim okresie mówimy. Przed 1920 rokiem Polacy na Pomorzu są bardzo mocno zgermanizowani, w niektórych regionach to jest prawie 60 proc. Jednak zmienia się to po 1918 i 1920 roku. Kiedy Pomorze zostaje przyłączone do II RP, wielu Niemców ucieka. Nie chcą tu mieszkać, nie chcą być mniejszością narodową w Polsce, chcą być obywatelami państwa niemieckiego.
- Wówczas struktura narodowa się zmienia, na przykład w Bydgoszczy przed 1920 rokiem 80 proc. społeczeństwa stanowią Niemcy, ale już po 1925 roku ten ostatek spada do 10 proc. Podobnie sytuacja przedstawia się na całym Pomorzu. Niemcy emigrują: z 400 tysięcy zostaje niecałe 112 tysięcy. Struktura demograficzna na tyle się zmienia, że w 1939 roku na Pomorzu 90 proc. społeczeństwa stanowią Polacy. To jest jedno z najbardziej polskich województw w całej II Rzeczpospolitej.
- Z perspektywy Niemców jest to trudne do zaakceptowania. Pojawiają się różne emocje społeczne. Mamy rok 1920, kiedy Pomorze jest przyłączone do Polski: Polacy się cieszą, wychodzą na ulice, witają armię polską, panuje powszechna radość. W tym samy czasie Niemcy ogłaszają dzień żałoby.
- Potem przychodzi rok 1939: dla Polaków to jest kolejna tragedia, kolejny początek okupacji. A dla większości lokalnych Niemców to jest dzień wyzwolenia, bo według nich żyli pod okupacją polską od 1920 roku, byli prześladowani.
- Mamy więc dwie zupełnie odmienne, emocjonalne perspektywy ludzi, którzy żyją na tym samy terenie, ale mają inną narodowość i zupełnie inaczej postrzegali zagrożenie.

Skoro Niemców w 1939 roku było relatywnie niewielu, a to lokalna ludność tworzyła plutony egzekucyjne, nasuwa się pytanie kto stał za ich organizacją i uzbrojeniem, armia niemiecka?
- Armia niemiecka była kluczowa, bo decydowała o wszystkim. Wehrmacht najpierw musi zająć teren, żeby potem Niemcy mogli stworzyć jakikolwiek system okupacyjny. Jednak w tym przypadku to rola SS jest dominująca, bo władze niemieckie wiedziały, że armia nie nadaje się jeszcze do masowego zabijania cywilów. Oczywiście Wehrmacht popełniał zbrodnie na ludności, na jeńcach, ale to nie jest jednostka, do tego przeznaczona, w przeciwieństwie do SS.
- Tym, kto organizował miejscowych Niemców, dał im karabin do ręki i pozwolenie na zatrzymywanie Polaków, w ogólnym znaczeniu było oczywiście państwo niemieckie, ale w szczegółach SS i Heinrich Himmler. Z Rzeszy przysłano oficerów SS i to oni byli komendantami Selbstschutz w poszczególnych powiatach. Na ich czele stanął Ludolf von Alvensleben - był adiutant Himmlera.
- Zbrodnia jest organizowana odgórnie, ale wykorzystano inicjatywy oddolne. Wcielono miejscowych Niemców, szerząc wśród nich nienawiść wobec Polaków, by ostatecznie powołać Volksdeutscher Selbstschutz. Stworzono też mit, że ta organizacja powstaje dla ochrony mniejszości niemieckiej, która w jakimś stopniu była prześladowana. Zdarzały się zbrodnie popełnione przez Polaków i przez Wojsko Polskie na pojedynczych miejscowych Niemcach. To dla propagandy było ziarenko prawdy, na którym oparto całą górę kłamstwa - propagandę. Selbstschutz nie był samoobroną tylko specjalną jednostkę, która miał realizować cele niemieckiej polityki okupacyjnej.

Tam, gdzie są kaci, często pojawiają się też wybawiciele. Czy zdarzali się Niemcy, którzy ratowali Polaków?
- Bardzo charakterystyczny jest fakt, że nie wszyscy miejscowi Niemcy stają się katami polskiej ludności. Jest część Niemców, nawet członków Selbstschutzu - ja ich nazywam "inni Niemcy", którzy zachowują się inaczej. Część z nich pomaga Polakom, stara się ich wydostać z więzień. W ekstremalnych sytuacjach członkowie Selbstschutzu odkładają karabin i mówią, że nie zabiją tej Polki, bo to jest dobra Polka i ich sąsiadka.
- To bardzo specyficzne, że przy każdym masowym miejscu zbrodni, sami Polacy, później przesłuchiwani, mówią, że jednak spotkali na swojej drodze Niemca, który zachował się inaczej. To też jest bardzo ciekawe, bo to jest podwójne oskarżenie sprawców. Większość sprawców tłumaczyła po wojnie, że musiała się zachować na swój sposób, bo ich by spotkało to samo, a postawa tych "innych", czy dobrych Niemców, pokazuje, że to nieprawda. Nawet w ekstremalnej sytuacji można było wykazać się po prostu zwykłą ludzką przyzwoitością, autonomią moralną i za to nie groziła kara śmierci, nie groziło więzienie. Wymagało to ogromnej odwagi cywilnej, bo oczywiście tacy Niemcy byli wykluczani ze społeczności, nie mogli liczyć na żadną karierę, byli traktowani nieufnie jako sympatycy Polaków.
Zobacz również: Przeżyła wojnę i wspomina jej koniec: To była ogromna uciecha, ale i smutek był duży
Dlaczego władze niemieckie zdecydowały się zaangażować miejscową ludność pochodzenia niemieckiego?
- Wykorzystuje się miejscowych Niemców nie przez wzgląd na umiejętności policyjne czy wojskowe, bo oni ich nie mają — to są zwykli ludzie, zwykli cywile: lekarze, młynarze, dekarze. To czego potrzebuje niemiecki aparat to ich wiedza na temat lokalnych społeczności, bo jeżeli celem jest zniszczenie lokalnych liderów miejscowości, to trzeba ich w jakiś sposób wyselekcjonować.
- Właśnie wiedza miejscowych Niemców: kto jest kim, kto jest liderem lokalnej społeczności, kto po 1920 roku pracował na rzecz polskości tych terenów - jest fundamentalna dla SS, bo jeżeli usunie się, zlikwiduje się takich ludzi, to wtedy inne metody germanizacji mogą okazać się skuteczne. Rafał Lemkin, twórca pojęcia ludobójstwa pisał, że jeżeli uszkodzimy mózg, sparaliżujemy cały organizm. Taką lekcję Hitler i cała III Rzesza wyniosła z prawie 150 lat polityki germanizacyjnej. W XIX wieku, mimo że polityka germanizacyjna była prowadzona, skończyła się fiaskiem — przyniosła odwrotny efekt: uświadomiła Polaków narodowo. Naziści o tym wiedzieli, więc musieli zastosować inne metody germanizacji tych terenów.
- Wybrali na początku ludobójstwo, czyli zabijanie elit i przywódców lokalnych środowisk. Dlatego miejscowi byli im bardzo potrzebni, nie ze względu na umiejętności (bo bardzo dużo ludzi ucieka z tych egzekucji - sprawcy nie trafiają - przeżywa je. Mamy relacje, dzięki temu wiemy, jak to wyglądało), ale ich wiedza przy selekcjonowaniu ludzi jest kluczowa. To było szczególnie istotne przy wyłapywaniu polskiej inteligencji i liderów społeczności, bez wiedzy miejscowych wyłowienie ich z tłumu byłoby trudne. W przypadku szpitala psychiatrycznego sprawa jest o wiele łatwiejsza. Przyjeżdża jednostka, otacza szpital, wchodzi i aresztuje się wszystkich. W przypadku Żydów — jest ich niewielu, więc można ich łatwo zlokalizować.
Jaka była skala zbrodni pomorskiej 1939 roku?
- Z odpowiedzią na to pytanie mamy problem. Często się powtarza, że to była zbrodnia o największej skali, ale tak naprawdę nie wiem i chyba się nigdy nie dowiem, ile osób zginęło.
- W literaturze spotkamy dane od 20, 30, 40 do 65 tysięcy ofiar z 1939 roku. Najczęściej podaje się 30 tysięcy na Pomorzu. W porównaniu, co jest ważne, w tym samym czasie w Wielkopolsce jest około 10 tysięcy ofiar, na Górnym Śląsku 1,5 tysiąca, a w Generalnym Gubernatorstwie to jest około 5 tysięcy. Ta skala pokazuje, że mord na Pomorzu jest wielokrotnie większy.
- Oczywiście 20 - 30 tysięcy to jest liczba szacunkowa, bardziej oparta na intuicji, niż matematyce. Istnieją dwa powody, dla których nigdy nie poznamy faktycznej skali. Pierwszym powodem jest zniszczenie dokumentacji — istniały listy ofiar, które zostały celowo spalone. Drugim powodem jest rok 1944. W tym roku jednostki policji wydobywają i palą zwłoki osób mordowanych w 1939 roku. Zacierają w ten sposób ślady zbrodni.
- Czasami Niemcy ominęli jakiś grób, na przykład w Barbarce mamy siedem grobów, ale zwłoki znaleziono tylko w jednym, pozostałe były puste. Pojawia się więc problem: w jaki sposób oszacować liczbę zamordowanych?
- Były pomysły mierzenia grobów. Pobrano wymiary grobu, w którym znaleziono 87 ciał i na zasadzie ekstrapolacji próbowano określać liczbę zwłok w podobnych wykopach. Jednak to metoda wadliwa, bo groby często były warstwowe, a nie wiemy, czy w danym miejscu ułożono ciała w jednej, dwóch czy trzech warstwach.
- Oczywiście byli świadkowie, którzy widzieli ciężarówki, ale nie mogli wiedzieć, ile osób było wewnątrz, były też osoby, które liczyły wystrzały. Wszystkie te metody są jednak niezbyt pomocne, trudno na ich podstawie formułować jakąkolwiek tezę na temat liczby ofiar.
- Metodą szacowania, która jest najbardziej wiarygodna, jest opieranie wyników na imiennych listach ofiar, które był i są tworzone — oczywiście zawsze jest to liczba niepełna, ale mocno osadzona w faktach oraz na protokołach z ekshumacji, jeśli takie się zachowały.
- Moim zdaniem najbardziej prawdopodobna i możliwa do udowodnienia liczba to 16-20 tysięcy ofiar, z czego ok. 4 - 5 tysięcy to są osoby chore psychicznie, ponad 10 tysięcy to polska ludnośc cywilna i kilkaset, może więcej osób pochodzenia żydowskiego. 20 tysięcy to jest najmniejsza z możliwych liczb, na pewno niepełna, ale taka, którą jesteśmy w stanie udowodnić na podstawie wiarygodnych świadectw historycznych. Nawet jeśli to nie jest 65 tysięcy, to skala zbrodni jest i tak ogromna.

Zbrodnię pomorską 1939 nazywa się czasem niemieckim Katyniem, czy to prawidłowe porównanie?
- Nie mieszałbym tych porządków, jednak okupacja sowiecka i niemiecka były inne. Poza tym zbrodnia pomorska 1939 ma więcej wspólnego ze zbordnią wołyńską 1943 roku. Przede wszystkim przez sąsiedzki charakter zbrodni. Mordował nie tylko Wehrmacht, nie tylko Einsatzgruppen, ale miejscowi Niemcy. To z nich stworzono organizację paramilitarną, która stała się plutonem egzekucyjnym dla ich polskich sąsiadów. Dlatego analogii szukałbym bardziej w wydarzeniach na Wołyniu, ale rozumiem dobrą intencję osób, które mówią o "niemieckim Katyniu" i chcą, żeby zbrodnia pomorska 1939 zaistniały w świadomości ogólnopolskiej i międzynarodowej, w ogóle gdziekolwiek poza regionem pomorskim.
Jest też inny termin na określenie tej zbrodni: krwawa pomorska jesień?
- To jest termin, który ugruntował się w pamięci ludzkiej, tak ludzie to po prostu zapamiętali. Jednak pamięć komunikatywna, która jest przekazywana z pokoleniem na pokolenie, zanika, bo świadkowie odchodzą, minęło już w końcu 86 lat od tamtych wydarzeń. Dlatego wydaje mi się, że jesteśmy już na tym etapie, gdy potrzebujemy terminu naukowego, który w miarę obiektywnie nazywa to, co się wtedy wydarzyło.
Jest pan autorem książki "Zbrodnia pomorska 1939. Początek ludobójstwa niemieckiego w okupowanej Polsce" i postuluje pan używanie terminu zbrodnia pomorska 1939 — dlaczego jest on lepszy niż te funkcjonujące do tej pory?
- Do tej pory historycy bardzo często posługiwali się terminologią niemiecką, mówiono i pisano o "Intelligenzaktion" i "Säuberungsaktion", czyli o różnego rodzaju akcjach, a chodzi o to, żeby masowego mordowania ludzi nie nazywać "akcją".
- Termin "pomorska" w miarę perfekcyjnie określa obszar, na którym miały miejsca te wydarzenia. Mowa oczywiście o przedwojennym województwie pomorskim ze stolicą w Toruniu to na tym terenie działa Selbstschutz, a propaganda niemiecka nazywa je korytarzem pomorskim. To też jest coś, co wyróżnia ten teren, skala zbrodni jest wyjątkowa, ale też propaganda antypolska, która istniała na tym terenie przed wojną, jest wyjątkowa. Proszę zwrócić uwagę, że nie było żadnego korytarza wielkopolskiego, olsztyńskiego, śląskiego — był korytarz pomorski. Od 1919 do 1939 roku był to jeden z czynników podważających istnienie państwa polskiego na tym terenie. Niemcy nazywali te ziemie korytarzem, Polacy — województwem pomorskim.
- Niemcy nie pogodzili się z utratą wielu ziem: Wielkopolski, Śląska, Pomorza, ale właśnie utratę Pomorza Gdańskiego traktowali jako szczególną niesprawiedliwość dziejową. Mówi o tym sam Hitler w 1923 roku, kiedy był jeszcze jako mało znaczący przywódca, mało znaczącej partii.
- Rok "1939" podkreśla, że to jest początek okupacji, co ma znaczenie dla historii. Nie tylko Pomorza, nie tylko okupowanej Polski, ale w ogóle drugiej wojny światowej. Wydarzenia na Pomorzu od samego początku mają charakter ludobójczy, wybrano ekstremalną formę represji wobec ludności okupowanej, czyli masową eksterminację. W tym sensie pierwsze miesiące na Pomorzu pokazują, jaki charakter będzie miała okupacja niemiecka nie tylko w Polsce, ale w ogóle na całym Wschodzie postrzeganym przez Niemców od wieków jako barbarzyński, niecywilizowany obszar, gdzie żadna moralność nie obowiązuje. Ta historia ma znaczenie, żeby zrozumieć, co się dzieje później. Niemcy politykę na Wschodzie i na Zachodzie prowadzili zupełnie inaczej. Na Zachodzie nie żyją podludzie (według ideologii nazistowskiej), a na Wschodzie żyją Słowianie, Polacy, Żydzi — rasy, które należy masowo eksterminować. I właśnie jesień 1939 roku na terenie Polski pokazuje, jaki charakter będzie miała okupacja. Te wydarzenia na nowo opisały też stosunki polsko-niemieckie. Wielu Polaków nawet jeśli miało okazję, nie uciekało z Pomorza, bo przecież od dekad żyli pod pruską okupacją w II Rzeszy i jakoś dało się tam funkcjonować. Oczywiście Polacy byli prześladowani, były próby germanizacji, ale to wszystko odbywało się w ramach państwa prawa — nikogo nie zabijano za to, że jest Polakiem, natomiast jesienią 1939 roku mamy zupełnie inną jakość w stosunkach polsko-niemieckich. Mało ludzi się wówczas spodziewało, że okupant niemiecki jest w stanie posunąć się do tak radykalnych metod.
- Mechanizm zbrodni wszędzie był taki sam, dlatego stworzyliśmy termin “zbrodnia pomorska 1939 r." żeby nie widzieć pojedynczych drzew, nawet tych najwyższych, ale widzieć cały las. Mechanizm zbrodni, cel, ofiary, sprawcy — to nie są te same osoby, ale to są te same formaty, te same grupy społeczne — to wszystko jest fragmentem jednej polityki niemieckiej, która jest konsekwentnie realizowana od jesieni 1939 roku. Skala i specyfika zbrodni na Pomorzu jest wyjątkowa. W żadnym innym regionie okupowanej Polski skala zbrodni nie jest aż tak wielka.
Czy sprawcy zbrodni pomorskiej 1939 zostali z niej rozliczeni?
- Bardzo połowicznie, zbrodnia pomorska 1939 jest raczej zbrodnią nieukaraną z różnych przyczyn. Część sprawców po prostu nie dożyła procesu, wstąpili do Wehrmachtu i zginęli w walkach. Bardzo wielu sprawców uciekło do Republiki Federalnej Niemiec, gdzie nie byli sądzeni. Niemcy Zachodni znali 1701 nazwisk sprawców zbrodni pomorskiej, skazali 10. Pozostali byli uznawani za niewinnych, albo w ogóle nie przedstawiono im zarzutów.
- To była celowa polityka państwa, robiono wszystko, aby tych ludzi uniewinnić. Podam przykład komendanta Fortu VII z Torunia , który przed sądem tłumaczył, że strzelał do Polaków, ale celował obok, aby nie trafić — sędziowie mu uwierzyli. Takich przykładów kuriozalnych można mnożyć.
- Dowódca specjalnej jednostki SS, Kurt Eimann, podczas procesu w Hanowerze przyznał się, że zabił 1300 osób chorych psychicznie. Przyznał się do tego i został skazany na 4 lata, w więzieniu przebywał tylko 2. Niemcy uznali, że było takie prawo i on wykonywał tylko swoją powinność — działał na rozkaz. Tymczasem już podczas procesu norymberskiego stwierdzono, że wykonywanie rozkazu nie zwalnia od odpowiedzialności karnej.

- Ostatni przykład, to dowódca Selbstschutz na Pomorzu - Ludolf von Alvensleben. Uciekł on do Argentyny. Próbowano jego ekstradycji, ale to się nie udało. Umarł dopiero w 1970 roku, całe życie pozostał ideowym nazistą. Argentyńczycy zapamiętali go jako sympatycznego i jowialnego człowieka. Nie rozumieli tylko jednej rzeczy: dlaczego on w latach 70. na powitanie wstaje i mówi "Heil Hitler"? To pokazuje, że byli zagorzali naziści do końca swoich dni, którzy nie odpowiedzieli w żaden sposób za zabicie człowieka.
- Osoby, które udało się schwytać i osądzić w NRD albo w PRL, czyli w państwach niedemokratycznych, były skazywane. Moim zdaniem te wyroki były sprawiedliwe, tylko skala była niewielka w NRD skazano ok. 20 osób, w Polsce 87 osób, jeżeli dobrze pamiętam. Tylko proszę pamiętać, że członków Selbstschutzu na Pomorzu było 38 tysięcy, w całej okupowanej Polsce 112 tysięcy. To nie znaczy, że oni wszyscy byli bezpośrednio zaangażowani w zbrodnie, ale większość z nich była: jako wartownicy, jako osoby, które skazywały, doprowadzały na miejsce egzekucji. Dlatego w tym sensie zbrodnia pomorska 1939 , tak chyba jak większość zbrodni w historii XX wieku, jest zbrodnią nieukaraną.
Zobacz również: W Łodzi odnaleziono szczątki dzieci. To ofiary nazistowskich katów



![“Upiór Polski [...] opuścić swą norę w Sulejówku”](https://i.iplsc.com/0007KD9QUHVX2F2X-C401.webp)






