Katarzyna Adamczak, Interia.pl: Śluby jasnogórskie miały miejsce w 1956 roku, który był jednym z przełomowych lat w historii PRL. Jak wyglądała wówczas sytuacja w Polsce?
Dr hab. prof. IH PAN Bartosz Kaliski: - Prymas Stefan Wyszyński od jesieni 1955 roku był internowany w Komańczy, w klasztorze sióstr nazaretanek. Wcześniej [od 1953 roku - przyp. red.], był więziony. Po dwóch latach izolacji jego sytuacja uległa zmianie: zamiast w odosobnieniu przebywał wśród wolnych ludzi i bez strażników. Nadal jednak miał ograniczoną swobodę poruszania się i nie mógł opuszczać Komańczy. Dlatego prymas zapisał w swoich notatkach, że Kościół w żaden sposób nie korzysta z dobrodziejstw odwilży.
- Słowa te zanotował właśnie w marcu 1956 roku. Po wygłoszeniu przez Nikitę Chruszczowa referatu ujawniającego zbrodnie Józefa Stalina, kult jednostki i jego konsekwencje w różnych dziedzinach życia [25 lutego 1956 roku - przyp. red.]. W marcu 1956 roku toczyła się już szeroka dyskusja na ten temat. Referat Chruszczowa krążył zarówno w kręgach partyjnych, jak i poza nimi. Trwała odwilż, o której debatowano także w prasie i innych mediach. 12 marca 1956 roku zmarł Bolesław Bierut. Była to śmierć symboliczna, ponieważ odchodził jeden z głównych prześladowców Kościoła.

- Odwilż wywołała również napięcia wewnątrz partii, w której toczyły się gorące dyskusje. Po śmierci Bieruta kierownictwo PZPR objął Edward Ochab, człowiek słabszy i bez polotu czy całościowej koncepcji.
- W polityce wobec Kościoła nic się jednak nie zmieniło. Władza wiele osiągnęła w 1953 roku, kiedy, mówiąc obrazowo, przycisnęła Kościół do muru. Narzuciła dekret o obsadzaniu stanowisk kościelnych, zgodnie z którym wszystkie funkcje proboszczów oraz stanowiska w kurii wymagały zgody władz państwowych. Jeśli zgody nie udzielano, nominacje nie były uznawane.
- Biskupi, zastraszeni aresztowaniem prymasa, często godzili się na kandydatów wskazywanych przez partię. Władza starała się promować własnych kandydatów wywodzących się ze środowisk kościelnych, zwłaszcza w latach 1953-1955. W 1956 roku impet polityki antykościelnej zaczął jednak słabnąć.
- Władze poświęcały Kościołowi coraz mniej uwagi, uznając, że został on w znacznym stopniu pokonany. Wyparto go z wielu obszarów życia publicznego, zamknięto niższe seminaria duchowne, a już w 1950 roku odebrano majątki kościelne. Ruch księży patriotów utrudniał życie biskupom, ale był również kosztowny dla państwa, dlatego ostatecznie zrezygnowano z jego wspierania w 1955 roku.
Kim byli księża patrioci?
- Księża patrioci to określenie duchownych, którzy popierali władzę ludową. Ruch ten funkcjonował od 1949 roku i napsuł niemało krwi biskupom. W jego szeregi rekrutowali się zbowidowcy, czyli weterani wojenni [ZBoWiD - Związek Bojowników o Wolność i Demokrację, jedyna legalna organizacja kombatancka w pełni pod kontrolą PZPR - przyp. red.] i różni wykolejeńcy - tak to trzeba nazwać. Byli to ludzie posłuszni władzy.
- Trzeba jednak pamiętać, że Kościół jest specyficzną instytucją, w której, żeby coś zmienić, trzeba mieć wiarygodność. Księża patrioci takiej wiarygodności często nie posiadali. Przyczyny były różne: niektórzy prowadzili się w sposób budzący zastrzeżenia, zmagali się z problemem alkoholowym, kierowali się względami materialnymi, czy wygasło w nich powołanie kapłańskie, ale jeszcze nosili sutanny.
Skoro w 1956 roku władza była przekonana, że pokonała Kościół, dlaczego prymas nadal był internowany?
- W 1956 roku narzędzia walki z Kościołem były coraz słabsze, ale słabła także wola prowadzenia tej walki. Mimo to w jednej kwestii władze pozostawały nieugięte: prymas miał pozostać internowany i nigdy nie wrócić na Miodową, do Pałacu Prymasowskiego. Jesienią 1955 roku Zygmunt Choromański, sekretarz Episkopatu, człowiek niewątpliwie wierny i lojalny wobec Wyszyńskiego, usłyszał od Józefa Cyrankiewicza: "Nigdy nie wróci", ponieważ prymas w oczach władzy był mącicielem spokoju społecznego.
- Mijały kolejne miesiące i sytuacja w kraju się zmieniała, ale w relacjach państwo-Kościół zmiany były mniej widoczne. Trzeba było czekać do jesieni 1956 roku, żeby odwołać dekret o obsadzaniu stanowisk kościelnych. Śluby jasnogórskie były symbolem tego, że Kościół wciąż trwa i zachował siłę mimo różnych represji, o których można by długo mówić.

Odwilż w Polsce to śmierć Bolesława Bieruta, chaos na szczytach władzy - te wszystkie wydarzenia miały miejsce w 1956 roku, a przecież Stalin zmarł w 1953 roku.
- W systemach dyktatorskich czy totalitarnych małe zmiany na szczytach władzy oznaczają duże zmiany na dole, ale duże zmiany na szczytach władzy, na przykład odejście dyktatora, oznacza wstrząs w całej drabinie społecznej, w całym społeczeństwie. Śmierć Stalina była takim impulsem, którego skutki Polska odczuła później, tak, ale już w 1954 roku zaczęto dyskutować w kręgach partyjnych intelektualistów czy dziennikarzy o niewłaściwym kierunku w polityce o różnych błędach i wypaczeniach tej polityki. Zwłaszcza, że ofiarami tej niewłaściwej polityki partii byli sami partyjni - to był paradoks: rewolucja komunistyczna pożerała także własne dzieci. Ludzi wewnętrznie lojalnych na swój sposób wobec partii, działaczy i aktywistów. To był powód do wewnętrznych dyskusji i rozliczeń.
W systemach dyktatorskich czy totalitarnych małe zmiany na szczytach władzy oznaczają duże zmiany na dole, ale duże zmiany na szczytach władzy, na przykład odejście dyktatora, oznacza wstrząs w całej drabinie społecznej.
- W Polsce w szczególności takim przejawem odwilży był Festiwal Młodzieży i Studentów o Pokój i Przyjaźń, który odbył się w sierpniu 1955 roku w Warszawie. Międzynarodowy festiwal pod hasłami walki o pokój i zbratania narodów. Przez kilka naście dni w Warszawie odbywały się liczne imprezy studenckie, przyjechały dziesiątki tysięcy gości zagranicznych, nie tylko z krajów bloku sowieckiego, ale także kolonialnych. Wesoła młodzież ze wszystkich stron świata, wszystkich bez mała kontynentów. To nadało kolejny impuls odwilży,
- Festiwal po kolei odbywał się w różnych stolicach kraju wschodniego, tym razem padło na Polskę. To był wielki przełom. Musimy pamiętać, że od 1949 roku Polska była krajem bardzo zamkniętym. Kontakty prywatne i wyjazdy były niemożliwe, nie tylko na Zachód, ale nawet między zaprzyjaźnionymi ze sobą krajami bloku wschodniego. Dyktatorzy w poszczególnych krajach kontaktowali się bezpośrednio z Moskwą. To ona sterowała, czy próbowała sterować różnymi procesami w tych krajach, ale kontakty między nimi były zamrożone. Dlatego mówimy o odwilży, bo to zamrożenie po śmierci Stalina ustąpiło.
- Dyskusje wewnętrzne w partii trwały od '54 roku, ale w 1956 roku po mowie Chruszczowa odbywały się w coraz szerszych kręgach. Jednak nadal były to kręgi świeckie, Kościół pozostawał z boku. Trzeba jednak dodać, że choć uchodził za pokonany, to nadal stawiał swoje postulaty. Nieustannie kilku najbardziej lojalnych biskupów nie wahało się domagać powrotu Stefana Wyszyńskiego, który był symbolem. Nie był skazany i nie ogłoszono przygotowań do jego procesu, więc biskupi mieli podstawy domagać się jego powrotu. Skoro nie jest więźniem, to dlaczego nie może wrócić do swoich funkcji kościelnych. Władza wciąż się sprzeciwiała, ale ten opór słabł.

Kiedy Kościół mówi o powodach ślubów jasnogórskich, wspomina najczęściej o 300. rocznicy ślubów lwowskich Jana Kazimierza. W tekście ślubów jasnogórskich czytamy: "Przyrzekamy uczynić wszystko, co leży w naszej mocy, aby Polska była rzeczywistym królestwem Twoim i Twojego Syna, poddanym całkowicie pod Twoje panowanie, w życiu naszym osobistym, rodzinnym, narodowym i społecznym". W sytuacji, gdy państwo zwalcza Kościół, a w deklaracji padają słowa, że uczynimy wszystko, by życie narodowe i społeczne było podporządkowane wierze, można odnieść wrażenie, że jest to wyzwanie rzucone władzy. Czy śluby jasnogórskie były wyłącznie wydarzeniem religijnym?
- Przytoczyła Pani dobry fragment, ale trzeba go analizować na tle różnych innych postulatów Kościoła i Episkopatu dotyczących tego, jak ma wyglądać powojenna Polska. Przy okazji małej konstytucji w 1947 roku biskupi przedstawili katolickie postulaty dotyczące kształtu państwa. Godziły one w świeckość państwa. W 1952 roku, przy okazji konstytucji stalinowskiej, również wysunęli postulaty, tym razem raczej obronne, domagając się minimalnych gwarancji wolności kultu.
- "Polska ma być rzeczywistym królestwem Twoim i Twojego Syna". To są słowa wyrażone językiem kościelnym. Chodzi tu raczej o utrzymanie tej pobożności i masowej religijności, która w tym czasie władzom chyba już mniej przeszkadzała. Wydawało się, że skoro unieszkodliwiono znaczną część biskupów, także usuwając ich z urzędów, a niepokornych księży zastąpiono bardziej posłusznymi, to osiągnięto już bardzo wiele. To było typowo stalinowskie myślenie, że wystarczy zmienić kadry, a instytucja sama się zmieni. Władza nie wzięła pod uwagę, że Kościół oparty jest na milionach wiernych, którzy wiedzą, co mają robić. Nie potrzebują bezpośredniego kierowania. Wiedzą, że gdy przypada rocznica lub odpust, warto udać się do sanktuarium. To pewien automatyzm, ale także siła zwyczajów i codzienności życia Kościoła, której nie da się łatwo zmienić, nawet jeśli wsadzi się do więzienia iluś księży. W przytoczonym przez Panią fragmencie chodziło o wzmocnienie tej religijności ludowej, na którą stawiał prymas.

- Ale w tekście ślubów narodu są też takie elementy, które prymas, jako autor tekstu, chciał przedstawić w sposób mogący zostać pozytywnie odebrany przez władze. Ludzie wypowiadający śluby narodu na Jasnej Górze obiecywali: "Przyrzekamy Ci wychować młode pokolenie w wierności Chrystusowi, bronić je przed bezbożnictwem i zepsuciem i otoczyć czujną opieką rodzicielską". Prymas krytykuje tu wady narodowe. To był jego konik, można tak powiedzieć. Chciał walczyć z wadami narodowymi. Wymienia lenistwo, lekkomyślność, marnotrawstwo, pijaństwo i rozwiązłość. Prymas myślał, że na tym polu uda się porozumieć z władzami, ale przez lata tak się nie stało, ponieważ władza sama chciała mieć monopol na kształtowanie społeczeństwa. Nawet później nie chciała w tym zakresie oddać pierwszeństwa Kościołowi. Podsumowując, ślub jasnogórskie były przede wszystkim wydarzeniem religijnym.
Gdy mówimy o ślubach jasnogórskich, wspominany jest przede wszystkim prymas, który napisał ich tekst, ale to nie on był ich inicjatorem?
- Właśnie. Do uczczenia rocznic, zwłaszcza maryjnych, w Polsce nie potrzeba wielu pomysłodawców, to dzieje się niejako naturalnie. Mieliśmy w 1954 roku stulecie ogłoszenia dogmatu o Niepokalanym Poczęciu Najświętszej Maryi Panny. Papież ogłosił nowe święto kościelne, 31 maja, wspomnienie Matki Bożej Królowej Polski. Prymasa bardzo to ucieszyło, bo był wielkim czcicielem Matki Bożej. Pobożność maryjna prymasa miała charakter wręcz wzorcowy. Głęboko przeżywał kult Matki Bożej, lubił koronować jej obrazy, otaczał czcią sanktuaria maryjne. Stanowiło to żywy rdzeń jego religijności, ale także religijności ludu polskiego. Dla Polaków Matka Boża również była niezwykle ważna.
- Dlatego pomysłodawców uroczystych obchodów rocznic związanych z Maryją było kilku. Wspomniałbym tutaj biskupa Lucjana Bernackiego. Był biskupem pomocniczym archidiecezji gnieźnieńskiej i bliskim współpracownikiem prymasa, który, gdy prymas był internowany, również został usunięty z diecezji i skierowany do klasztoru poza diecezją gnieźnieńską. W 1955 roku przebywał wówczas w Częstochowie i tam napisał kilka dłuższych listów o potrzebie szczególnego uczczenia tych rocznic. Rozesłał je do swoich kolegów biskupów i do różnych wyższych przełożonych zakonnych. Gdy listy zaczęły krążyć w środowisku kościelnym, biskup Choromański z Episkopatu nakazał mu zaprzestać ich rozsyłania, ale sam Episkopat również chciał uczcić tę rocznicę. Wydawało się to przedsięwzięciem naturalnym i do pewnego stopnia nieszkodliwym, ale miało swój wymiar symboliczny. Przecież król Jan Kazimierz w 1656 roku dziękował za uwolnienie od najazdu szwedzkiego, czyli protestanckiego. Może nie od bezbożników, ale od innowierców. Wydawało się więc, że po 300 latach w naturalny sposób należy przypomnieć śluby lwowskie króla.
- Prymas pozostawał w izolacji. Dopiero od końca 1955 roku mógł spotykać się z biskupami i rodziną. W marcu 1956 roku przybyła do niego Maria Okońska, jego bliska świecka współpracowniczka, i to ona namówiła prymasa, aby napisał tekst i również miał swój wkład w obchody. Tekst powstał w Komańczy, a następnie trafił na Jasną Górę.

Wspomniał profesor, że go namówiła. To znaczy, że nie chciał tego zrobić?
- Prymas miał za sobą przecież doświadczenie uwięzienia i nie mając kontaktu ze światem, nie wiedział, jak zostanie to odebrane przez władze. Tu już trochę spekuluję, bo w swoich zapiskach nie pisał o tym wprost, ale tekst został napisany językiem religijnym i nie ma charakteru politycznego, więc nie nadawał się dobrze na przedmiot bezpośrednich ataków władz.
- Prymas potrafił wygłaszać bardziej polityczne kazania, odnoszące się bezpośrednio do realiów społeczno-politycznych, ale tutaj tego rodzaju odniesień nie ma. Nie ma oceny stalinizmu ani jego skutków. Jest mowa o bezbożnictwie i zepsuciu, ale nie jest to diagnoza społeczna. Ten tekst funkcjonuje na bardzo wysokim poziomie ogólności. Wierzący człowiek z pewnością potrafił się nim przejąć i było to jasne wskazanie dla wierzących, jak postępować. Prymas zawarł tu stałe punkty kościelnego przekazu.
Na Jasną Górę przybyły tłumy wiernych i księży. Władza ludowa wielokrotnie wcześniej próbowała takie zgromadzenia uniemożliwiać i sabotować. Tym razem nie było takich nacisków?
- Władza na tym etapie nie miała już pomysłu na nową akcję antykościelną i nie było też większej woli, by przeszkadzać. Co więcej, w prasie państwowej ukazało się ogłoszenie informujące o uroczystych ślubach na Jasnej Górze. Ludzie poczuli się zachęceni do przyjazdu, a biskupi dodatkowo mobilizowali wiernych do udziału w uroczystościach. Kilka dni przed samymi ślubami pojawiła się też pogłoska, że obecny będzie sam prymas. Oczywiście chciał tam być, ale nawet o to nie zabiegał. Ta pogłoska mogła jednak przyczynić się do zwiększenia liczby pielgrzymów.
- Miasto było dobrze przygotowane, ponieważ władze nie stawiały przeszkód, jak zdarzało się wcześniej. Nie utrudniano złośliwie przemieszczania się grup pielgrzymkowych, a nawet pielgrzymki niezarejestrowane miały szansę dotrzeć do sanktuarium. W poprzednich latach nawet lokalne sanktuaria były na różne sposoby szykanowane. Na przykład można było dostać mandat. Chłop, który wiózł furmanką kilku pielgrzymów, mógł zostać ukarany za brak świateł albo innych wymaganych elementów wyposażenia. Tym razem takich szykan nie było. Miasto zostało dobrze przygotowane, pomyślano nawet o odpowiednim zaopatrzeniu w wodę.
- Przyjazd setek tysięcy ludzi, bo należy mówić raczej o 700-800 tysiącach uczestników, to pamiętne wydarzenie w historii Częstochowy. Czasami pojawia się liczba miliona, ale nie ma na to wiarygodnych potwierdzeń, ponieważ nikt nie był w stanie dokładnie policzyć zgromadzonych. Mimo to całe wydarzenie przebiegło zaskakująco sprawnie.

- Trzeba pamiętać, że władze znajdowały się wówczas w stanie chaosu. Aparat bezpieczeństwa został już częściowo osłabiony przez odwilż, a dodatkowo trwały zmiany kadrowe.
- Istotny był również Poznański Czerwiec, który wydarzył się dwa miesiące wcześniej. Było to wydarzenie szczególnie kłopotliwe dla władz: bunt robotników Zakładów im. Cegielskiego, noszących wówczas imię Stalina. Protest zakończył się ofiarami śmiertelnymi i rannymi. Co więcej, rozgrywał się na oczach zagranicznych gości, ponieważ w tym samym czasie odbywały się Międzynarodowe Targi Poznańskie.
- Władza nie chciała, by podobna sytuacja powtórzyła się na Jasnej Górze. Robotników z Poznania oskarżano o działanie pod wpływem prowokatorów i przekonywano, że przyczyny ich buntu nie miały nic wspólnego z sytuacją klasy robotniczej. Nie było to jednak prawdą, ponieważ jednym z głównych powodów protestu było podwyższenie norm pracy i niskie wynagrodzenia. Ludzie w Polsce dobrze rozumieli rzeczywistą sytuację, dlatego władze chciały uniknąć podobnego kryzysu. Niewątpliwie był to dla nich sygnał alarmowy, że trzeba szukać nowych rozwiązań.

Skoro śluby jasnogórskie nie były polityczną deklaracją, czy można je uznać za pokaz siły?
- Śluby jasnogórskie otworzyły okres intensywnych pielgrzymek. Jeszcze przez 2-3 lata obserwowano wzmożony ruch pielgrzymkowy. Dopiero za Władysława Gomułki zaczęto go ponownie ograniczać i złośliwie utrudniać.
- Paradoksalnie w pierwszej połowie lat 50. widzimy odrodzenie życia religijnego, co potwierdzają liczby. Wzrosła liczba kandydatów do seminariów duchownych. Mieliśmy wówczas szczyt powołań. Kolejny wzrost nastąpił dopiero w latach siedemdziesiątych, zapewne jako efekt wyboru papieża, ale w latach 50. był to absolutny rekord. Polska przeżywała odrodzenie religijne, które trudno uchwycić w źródłach. Oczywiście znaczenie miały również prześladowania ze strony władz, które wzmagają reakcje obronne. Między innymi dlatego wydarzenie z 1956 roku na Jasnej Górze miało tak żywy charakter i okazało się sukcesem Kościoła.
- Była to manifestacja siły Kościoła. Sama manifestacja w postaci ślubów miała znaczenie, choć trudno je dokładnie zmierzyć. Być może dodała otuchy ludziom, którzy tam przyjechali. Zobaczyli, że jest ich wielu, że stanowią pewną siłę i że mogą czegoś domagać się od władz. Było tam ponad 20 biskupów i 1500 księży, którzy również poczuli się wzmocnieni widokiem setek pielgrzymek, mniejszych i większych. Było to budujące doświadczenie także dla inteligencji katolickiej.
- Pokazywało ono, że Kościół trwa i ma się całkiem dobrze. Mógł być ważnym aktorem życia społecznego, brakowało mu jednak głowy w postaci prymasa. Ten jesienią 1956 roku wrócił i stanął na czele Kościoła, formułując jego postulaty. Domagał się przede wszystkim odwołania dekretu o obsadzaniu stanowisk kościelnych oraz powrotu religii do szkół. Na pewien czas udało się te cele osiągnąć. Później jednak władza i Kościół weszły w nową fazę konfrontacji, choć dotyczyła ona już innych pól sporu.













