Reklama

Powojenna polityka polskich władz wobec Kościoła i społeczeństwa

​Polskie władze oficjalnie nie występowały przeciwko Kościołowi katolickiemu, który w czasie wojny poniósł ogromne straty - zginęło 20 proc. księży. W nowych warunkach Kościół zaczął znacznie rozszerzać swoje wpływy w społeczeństwie polskim, w zasadzie jednorodnym pod względem wyznaniowym, ponieważ w ponad 90 proc. katolickim.

​Polskie władze oficjalnie nie występowały przeciwko Kościołowi katolickiemu, który w czasie wojny poniósł ogromne straty - zginęło 20 proc. księży. W nowych warunkach Kościół zaczął znacznie rozszerzać swoje wpływy w społeczeństwie polskim, w zasadzie jednorodnym pod względem wyznaniowym, ponieważ w ponad 90 proc. katolickim.

Swobodnie rozwijały działalność stowarzyszenia i organizacje katolickie, m.in. Sodalicja Mariańska, katolickie Stowarzyszenie Młodzieży, bractwa różańcowe. Kościół rozwijał szeroką akcję duszpasterską, charytatywną, oświatowo-kulturalną i wydawniczą. Wychodziły nowe czasopisma, w Krakowie od marca 1945 roku "Tygodnik Powszechny", a w Warszawie w pół roku później - "Tygodnik Warszawski".

Kościół nie wykluczał możliwości zaakceptowania nowej sytuacji kraju, bo jak stwierdził kardynał August Hlond na uroczystości ku czci Chrystusa Króla w Poznaniu (październik 1945 roku): "Polska, która od dziesięciu wieków przeżywa chrześcijaństwo na swój sposób, ma swoiste wyczucie i nastawienie także wobec zagadnień obecnego przełomu. Polska kroczy ku odrodzeniu własną drogą. Prędzej niż inne narody Polska znajduje w swym gorącym a chrześcijańskim patriotyzmie pogodzenie zdrowej rewolucyjnej treści czasu z wiarą ludzi". Obradująca parę tygodni wcześniej na Jasnej Górze Konferencja Episkopatu wezwała społeczeństwo do odbudowy państwa na zasadach chrześcijańskich.

Reklama

Władze komunistyczne dawały do zrozumienia, że uszanują tradycję chrześcijańską i utrwaloną pozycję Kościoła w Polsce. Nie rugowały z życia państwowego treści religijnych. Np. program Polskiego Radia zaczynał się pieśnią "Kiedy ranne wstają zorze". Podobnie od tej pieśni rozpoczynało swoją służbę wojsko, a kończyło podczas wieczornego capstrzyku śpiewem: "Wszystkie nasze dzienne sprawy".

Dostojnicy państwowi i partyjni z Bierutem na czele ochoczo uczestniczyli w uroczystościach i nabożeństwach religijnych. Sam Bierut składaną w lutym 1947 roku przed Sejmem Ustawodawczym rotę przysięgi prezydenckiej kończył słowami: Tak mi dopomóż Bóg. Było to jednak działanie na pokaz. Za oficjalną fasadą kryło się dążenie do laicyzacji społeczeństwa i ograniczenia roli Kościoła.

Zapowiedzią faktycznych zamiarów władz było unieważnienie we wrześniu 1945 roku konkordatu między Polską a Watykanem. Jako powód podano mianowanie przez papieża w końcu 1939 roku biskupa gdańskiego administratorem diecezji chełmińskiej, co było sprzeczne z umową konkordatową z 1925 roku.

Jeśli chodzi o nastroje w społeczeństwie, nie tak wielu Polaków przeciwstawiało się czynnie zaprowadzeniu nowego porządku w Polsce. Według najnowszych danych liczebność zbrojnego podziemia antykomunistycznego w czasie największego nasilenia oporu (tj. w 1945 roku) szacuje się na 8 - 12 tys. osób. W miarę rozwoju wydarzeń liczba ta gwałtownie malała, bo już w połowie następnego roku wynosiła zaledwie 3 tys. osób, skoncentrowanych zresztą głównie na obszarze wschodniej i południowej Polski.

Z silniejszych oddziałów przetrwało jedynie   zgrupowanie "Ognia" - Józefa Kurasia na Podhalu, liczące latem 1946 roku około 350-500 osób. Jak szybko topniały oddziały zbrojnej opozycji antykomunistycznej,  świadczy przykład operującej w Białostockiem V Brygady Wileńskiej mjr. Zygmunta Szendzielarza ("Łupaszki"), która jesienią 1945 roku liczyła 500 żołnierzy, ale już w rok później zaledwie kilkunastu.

Zanikanie zbrojnego podziemia związane  było z ogólnym procesem normalizacji sytuacji w Polsce. Kierownictwa poszczególnych organizacji antykomunistycznych uznały bowiem fakt powstania TRJN za wyraz woli współdziałania aliantów, wykluczający tym samym możliwość wybuchu nowej wojny w najbliższej przyszłości. W lecie 1945 roku zlikwidowano Delegaturę Sił Zbrojnych. Podjęto także decyzję o zdemobilizowaniu i rozformowaniu oddziałów zbrojnych Narodowego Zjednoczenia Wojskowego i Narodowych Sił Zbrojnych. Na początku 1946 roku przystąpiono do rozformowania oddziałów partyzanckich WiN, najdłużej przetrwały one w Lubelskiem, Białostockiem i na Podlasiu.

Likwidacji zbrojnego oporu sprzyjały niewątpliwie dwie amnestie polityczne: pierwsza ogłoszona w sierpniu 1945 roku z okazji pierwszej rocznicy manifestu PKWN oraz druga po wyborach do Sejmu Ustawodawczego w lutym 1947 roku. Ujawniło się wówczas około 100 tys. osób z różnych nielegalnych organizacji. Nie oznacza to wcale, że wszyscy ujawniający się prowadzili działalność antykomunistyczną, i to w dodatku o charakterze zbrojnym. Ogromna ich większość zaangażowana była jedynie w walce z okupantem niemieckim, ale w obliczu komunistycznej propagandy oskarżającej ich o wszelkie możliwe winy, np. o kolaborację z Niemcami, wysługiwanie się burżuazji i obszarnikom itp., wolała przyznać się do swej przeszłości i dostosować do zaistniałej sytuacji.

Wielu zresztą ujawniającym się nowa władza nie darowała przeszłości i poddała ich surowym represjom karnym i administracyjnym. Bezwzględnie zwalczano pozostających w konspiracji. Według danych samych władz bezpieczeństwa w okresie jesieni 1945 i wiosny 1946 roku zabito ponad 2 tys. osób i uwięziono 17 tys. Do walki ze zbrojnym podziemiem powołano Korpus Bezpieczeństwa Wewnętrznego, z którym współdziałały jednostki Wojska Polskiego. Zwalczaniu wszelkiego oporu i utrwalaniu nowego porządku publicznego służył silnie rozbudowany aparat bezpieczeństwa państwa.

Oprócz KBW, liczącego 32 tys. żołnierzy, w resorcie bezpieczeństwa pracowało 30 tys. osób, a w Milicji Obywatelskiej - 62 tys. Resort bezpieczeństwa, na czele którego stał przedwojenny komunista, oficer NKWD, Stanisław Radkiewicz, w istocie był agendą NKWD, a nie władz polskich. Zresztą w każdej instytucji polskiej nie tylko wojskowej czy milicyjnej działali doradcy radzieccy podporządkowani pełnomocnikowi NKWD na Polskę - gen. Sierowowi - oraz oficjalnemu przedstawicielowi ZSRR przy rządzie polskim, gen. Nikołajowi Bułganinowi.

 Według jeszcze wcześniejszego porozumienia PKWN z rządem radzieckim wojskowe władze radzieckie mogły stosować represje karne wobec obywateli polskich na zapleczu frontu. Formalnie porozumienie dotyczyło warunków stanu wojennego. Ale zniesienie go w grudniu 1945 roku wcale nie poprawiło położenia społeczeństwa, ponieważ dalsze stosowanie represji umożliwiono poprzez nowo wprowadzane dekrety i zarządzenia, m.in. o ściganiu szczególnie niebezpiecznych przestępstw, o postępowaniu doraźnym, o utworzeniu Komisji Specjalnej do Walki z Nadużyciami i Szkodnictwem Gospodarczym.

Na początku 1946 roku powołano także wojskowe sądy rejonowe do ścigania przestępstw politycznych. W okresie swojej działalności do 1955 roku aresztowały one ponad 80 tys. osób i wydały 4400 wyroków śmierci, z których wykonano 70 proc. Sądy wojskowe represjonowały ponad pięć tysięcy oficerów i niższych rangą żołnierzy. Wśród represjonowanych przeważali żołnierze przedwojenni oraz Armii Krajowej, przyjęci po 1944 roku do Wojska Polskiego.

Po zniesieniu  stanu wojennego zapanował więc stan wyjątkowy. Siły aparatu represji wielokrotnie przewyższały siły  opozycji i podziemia antykomunistycznego. Pomimo walk zbrojnych między siłami nowego porządku a opozycją nie można stwierdzić, że społeczeństwo polskie znajdowało się wówczas w ogniu wojny domowej.   Podawane w przeszłości liczby około 30 tys. zabitych po obu stronach były kilkakrotnie zawyżone. Szybko zanikający na przełomie 1945/46 roku opór znikomej zresztą części społeczeństwa świadczył o ogólnym dążeniu Polaków do stabilizacji i pokojowego rozwoju kraju.



Źródło: "Wielka Historia Polski" Wydawnictwo Pinnex, Kraków 2000

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL