Reklama

Tymczasowy Rząd Jedności Narodowej - polska władza pod okiem Moskwy

​Choć wojna już się skończyła w Europie, problem polskich rządów pozostawał otwarty. Dopiero wysłanie w końcu maja 1945 roku przez nowego prezydenta USA, Harry’ego Trumana, specjalnej misji do Moskwy z Harrym Hopkinsem na czele doprowadziło do istotnego zwrotu w sprawie polskiej.

​Choć wojna już się skończyła w Europie, problem polskich rządów pozostawał otwarty. Dopiero wysłanie w końcu maja 1945 roku przez nowego prezydenta USA, Harry’ego Trumana, specjalnej misji do Moskwy z Harrym Hopkinsem na czele doprowadziło do istotnego zwrotu w sprawie polskiej.

Zachodni przywódcy zaakceptowali stalinowską koncepcję powołania rządu jedności narodowej, a Stalin znowu zgodził się na wspólne ustalenie listy Polaków zaproszonych na konferencję do Moskwy. Szybko uzgodniono skład delegacji polskiej, 11 czerwca wysłano jej członkom zaproszenia.

Rozmowy konsultacyjne rozpoczęły się w sobotę, 16 czerwca i trwały do 22 czerwca, z udziałem wspomnianej "komisji dobrych usług", przedstawicieli polskich środowisk rządowych i politycznych oraz licznego grona doradców i ekspertów.

Delegację polską tworzyły trzy grupy polityków: 1) reprezentanci obozu rządzącego w Polsce: Bolesław Bierut - prezydent KRN, Władysław Kowalski - prokomunistyczne SL, Stanisław Szwalbe - prokomunistyczna PPS, E. Osóbka-Morawski - premier, Władysław Gomułka (PPR), Wincenty Rzymowski (SD) i Zygmunt Modzelewski - ambasador warszawski w Moskwie; 2) przedstawiciele kół emigracyjnych: Stanisław Mikołajczyk (SL), były premier, Jan Stańczyk (PPS) i Antoni Kołodziej (działacz komunizującego polskiego związku marynarzy w Wielkiej Brytanii); 3) działacze z krajowych środowisk demokratycznych: profesor Adam Krzyżanowski (SD), Zygmunt Żuławski (PPS), Władysław Kiernik (SL) i dr Henryk Kołodziejski - oficjalnie bezpartyjny działacz spółdzielczy, faktycznie związany z obozem komunistycznym, zaufany B. Bieruta.

Reklama

Jako  warunek  prac  "komisji  dobrych  usług" i podjęcie przez nią stosownych decyzji uznano potrzebę uzgodnienia wcześniej stanowiska delegacji  polskiej. Starano się je wypracować podczas pięciodniowych,   żmudnych  narad i dyskusji, o których przebiegu pisał w dwa lata później Adam Krzyżanowski: "Nie brakło chwil dramatycznych, chwil znacznego napięcia w toku wewnętrznych rokowań. Przezwyciężyliśmy szkopuły. Doszliśmy drogą targów i ustępstw do jednomyślności w sprawie utworzenia w Polsce nowego rządu, ażeby położyć silne fundamenty odbudowy naszej suwerenności państwowej, poszkodowanej tokiem wypadków. Chcieliśmy dać dowód, że sami potrafimy się rządzić. Chcieliśmy uniknąć wytaczania naszych sporów przed trybunałem, złożonym z przedstawicieli sprzymierzonych, ale przecież obcych mocarstw. Chcieliśmy stwierdzić, że pragniemy i potrafimy stać o własnych siłach, że nie chcemy być ani dominium brytyjskim, ani siedemnastą republiką sowiecką. Okazaliśmy dojrzałość polityczną, co nie zawsze nam się trafiało. Okazaliśmy zdolność samoistnego i dodatniego działania na terenie międzynarodowym".

Istotnie, rozmowy były trudne. Spotkali się przedstawiciele dwóch zwaśnionych stron o różnej jednak pozycji politycznej i możliwości działania. O wiele bardziej niekorzystną sytuację mieli przedstawiciele środowisk demokratycznych z kraju i zagranicy niż ich interlokutorzy z komunistycznego obozu władzy. Ale i tym nie było czego zazdrościć. Ich władza nie była legitymizowana przez naród, którego znaczna część traktowała ich jako władzę narzuconą z zewnątrz i to w dodatku przez niedawnego jeszcze wroga - Rosjan, usiłujących na nowo zniewolić Polskę poprzez wyznaczenie jej obszaru i granic państwowych oraz ustroju komunistycznego obcego kulturze i tradycji polskiej. Z drugiej strony świadomość zbrodni niemieckich osłabiała strach przed Rosjanami i komunizmem, bo pozwalała widzieć w Związku Radzieckim wybawcę, dzięki któremu możliwe było powstrzymanie zagłady narodu.

Pozycja polityczna przedstawicieli krajowych i emigracyjnych środowisk demokratycznych była bardzo słaba. Występowali bardziej jako petenci niż równorzędni partnerzy. Przemawiały za nimi racje historyczne i moralne. Mieli zapewne za sobą znaczną część opinii polskiej, ale nie mogli liczyć na zdecydowane i bezskuteczne poparcie aliantów zachodnich, znużonych już sprawą polską i uznających środkowowschodnią Europę za radziecką strefę wpływów. Podczas rozmów odwoływali się do ustaleń konferencji jałtańskiej jako podstawy wytyczenia nowego ładu ustrojowego Polski.

W pierwszym dniu obrad, gdy każda ze stron prezentowała swoje stanowisko, były premier rządu polskiego, Stanisław Mikołajczyk wnioskował, że należy przed powzięciem odpowiednich decyzji politycznych ustalić: 1) Gdzie będzie źródło władzy; 2) jakie stronnictwa w skład Rządu winny wchodzić; 3) Jak wygląda kwestia programowa; 4) Jaki będzie czas trwania Rządu - kiedy odbędą się wybory, wolność zgromadzeń, prasy itp.; 5) Sprawa powrotu wojska i emigracji.

Politycy rządzącego obozu komunistycznego nie chcieli wcale dyskutować. Stali na gruncie stalinowskiej interpretacji postanowień jałtańskich i nie ukrywali swojego triumfalizmu i przewagi politycznej. Zachowywali się agresywnie. Ich stanowisko przedstawił w polemice z Mikołajczykiem Władysław Gomułka, oświadczając m.in.: "Myśmy Polskę budowali i pracujemy po 18 godzin na dobę i nie można traktować Rządu Tymczasowego i p. Mikołajczyka jako jakieś dwie równorzędne strony. My tylko ofiarujemy demokratom emigracyjnym miejsce w naszym domu i przez to samo podkreślmy, że jeszcze dzisiaj nie zeszliśmy z linii zmierzającej do porozumienia. Wymaga tego interes Polski, związane jest to z koniecznością likwidacji tej fikcji rządowej, która jeszcze istnieje i działa na emigracji w postaci p. Arciszewskiego. Nie obrażajcie się panowie, że my wam tylko ofiarujemy miejsce w rządzie takie, jakie sami uznajemy za możliwe. Myśmy bowiem gospodarze. Wy zaś możecie się stać na pół gospodarzami Polski, jeśli zrozumiecie wasze błędy i pójdziecie po drodze, którą idzie Rząd Tymczasowy. Porozumienia chcemy z całego serca. Lecz nie myślcie, że jest to warunek naszego istnienia. Władzy raz zdobytej nie oddamy nigdy. Nie dlatego, aby ktokolwiek z nas pragnął dla siebie tej władzy. Każdy z nas z wielką chęcią pozbyłby się osobiście tego ciężaru, który na nim spoczywa w tym najcięższym okresie gospodarczym, w jakim znajduje się Polska. Władzy nie oddamy dlatego, aby naród polski nie spotkała nowa zguba, która mu grozi w wypadku fałszywej linii politycznej, którą próbuje narzucić reakcja. Spotykamy się ze sobą po raz trzeci, lecz bodaj i po raz ostatni. Jeśli do porozumienia nie dojdziemy, to wrócimy do kraju bez was".




Źródło: "Wielka Historia Polski" Wydawnictwo Pinnex, Kraków 2000

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy