Reklama

Wampir naśladowca - sprawa Joachima Knychały

Zbrodnie miały wspólny element - tramwaj linii 6 /CBS Reality /materiały prasowe

Był nazywany "wampirem z Zagłębia", odpowiadał za śmierć kilkunastu kobiet. Gdy "wampir" trafił do więzienia, wszyscy odetchnęli z ulgą. Jednak niedługo później na Śląsk znowu spadła zasłona strachu.

Lata 60. i 70. na Śląsku to czas wzmożonej przestępczości w tym regionie. Wówczas na tereny dawnego województwa katowickiego przybywały setki osób - głównie mężczyzn, których rekrutowano z terenu praktycznie całej Polski do pracy w kopalniach i hutach. 

W każdym mieście na Śląsku i w Zagłębiu powstawało po kilka hoteli robotniczych, a w tak dużej i bardzo anonimowej społeczności łatwiej dochodziło o przestępstw i łatwiej było się ukryć ich sprawcom. 

W tym czasie grasował na tym terenie tak zwany "wampir z Zagłębia" - okrutny morderca kobiet, który na swoim koncie miał aż piętnaście ludzkich istnień. Przez lata pozostawał nieuchwytny, a w województwie katowickim panowała prawdziwa psychoza strachu. Kobiety bały się wychodzić z domów. 

Reklama

Na początku lat 70. milicja zatrzymała potencjalnego sprawcę. Gdy trafił do więzienia, wszyscy na Śląsku i w Zagłębiu odetchnęli. Znów było bezpiecznie. Jednak po trzech latach od zatrzymania wampira z Zagłębia ponownie zaczęło dochodzić do ataków.

Wampir

Ofiary ginęły od silnych ciosów w głowę, ich ciała były obnażone i nosiły znamiona wykorzystania seksualnego. Sprawca atakował bardzo brutalnie, dziś powiedzielibyśmy, że to było nadzabijanie ("overkill"). Jego modus operandi bardzo przypominał sposób działania poprzedniego mordercy. Plotki o przestępstwach kolejnego wampira zaczęły krążyć z ust do ust, a pogłoski, że skazano nie tego zabójcę, wywołały kolejną falę strachu.

Napaści miały miejsce na terenie Chorzowa, Bytomia i Piekar Śląskich, w związku z czym milicjanci nie potrafili od razu połączyć tych wszystkich spraw ze sobą. Jednak po czasie udało im się znaleźć jeden wspólny element - tramwaj linii 6. 

Była to najdłuższa linia na Śląsku, która łączyła ze sobą wszystkie ważniejsze miasta. Biegła wzdłuż kopalń i hut oraz zakładów przemysłowych. Milicja założyła, że sprawca codziennie musi poruszać się tym tramwajem - może mieszkał w pobliżu lub dojeżdżał nim do pracy?

"Szóstka"

Powołano wówczas grupę operacyjną pod kryptonimem "Szóstka". Milicjanci obstawili patrolowali wszystkie linie, które łączyły się z tą o numerze 6. Funkcjonariusze prowadzili rozpytania, szukali stałych pasażerów poruszających się na tej trasie, sami podróżowali tramwajami, prowadząc baczne obserwacje. 

Jednak na tak dużym obszarze poszukiwanie podejrzanego było niczym szukanie igły w stogu siana. Dodatkowo, w owym czasie w milicji zaczynało brakować ludzi, były problemy ze sprzętem czy łącznością.

"Nie było tak jak teraz, że każdy ma komórkę i może w każdej chwili się skontaktować z kim chce. To są takie podstawowe rzeczy, wydawałoby się dzisiaj absurdalne, ale w praktyce bardzo utrudniało to pracę" - wspomina Roman Hula, były komendant główny Policji, członek grupy operacyjnej "Frankenstein", jeden z ekspertów serii CBS Reality "Kryminalne śledztwa PRL".

"Myśmy wtedy mieli nawet problem z samochodami służbowymi - do pracy wykorzystywaliśmy własne, prywatne auta. Gdy się chciało zrobić jakiś wywiad, rozpoznanie w innej miejscowości, to często jechało się środkami lokomocji publicznej. Albo robiło się wszystko na piechotę. No
i wszystko było czasochłonne" - dodaje Hula.

Milicjanci mimo braków kadrowych starali się za wszelką cenę doprowadzić do schwytania sprawcy. Prowadzono działania na szeroką skalę - wykorzystano między innymi badania wariografem, którym przetestowano kilkaset osób - głównie przestępców seksualnych i byłych osadzonych. Jednak nie udało się wytypować podejrzanego, choć było to pierwsze, i dotąd jedyne w Polsce, badanie przeprowadzone na taką skalę.

"Frankenstein"

23 czerwca 1979 roku w Piekarach Śląskich doszło do napadu na dwie dziewczynki - 10-letnią Halinę i 11-letnią Kasię. Pojechały do lasu na jagody, ale wieczorem nie wróciły do domu. Rodzice zawiadomili milicję, która wszczęła poszukiwania. Następnego dnia w rowie znaleziono obnażone i pobite dziewczynki. Na miejscu okazało się, że jedna z nich jeszcze żyje.

"Kasia, dziewczynka, która przeżyła, miała aż 12 ran tłuczonych głowy. I ze względu na to bestialstwo, grupa operacyjna badająca ten atak otrzymała kryptonim 'Frankenstein'"  - wspomina Roman Hula.

W przypadku napaści w Piekarach Śląskich modus operandi był podobny do sposobu działania napastnika, którego szukała "Szóstka", ale cel był inny. Tutaj ofiarami były dwie dziewczynki, dlatego początkowo nie połączono tego ataku z działaniami "wampira z Bytomia", jak określano nieznanego sprawcę.

Gdy Kasia, dziewczynka, która przeżyła atak, odzyskała świadomość, milicja mogła ją przesłuchać. Jak wspomina Roman Hula, na podstawie jej zeznań sporządzono portret pamięciowy starszego mężczyzny. "I szukaliśmy takiego starszego mężczyzny. Zostały podjęte standardowe, rutynowe działania typowania sprawców. Niestety na miejscu zdarzenia nie zabezpieczono żadnych śladów, które ułatwiałyby nam poszukiwanie podejrzanego. Była to naprawdę żmudna praca" - mówił Hula.

Od tej pory na Śląsku działały dwie grupy operacyjne, prowadzono dwa odrębne śledztwa, w których wciąż nie było przełomu.

Żelazne alibi

W listopadzie 1979 roku milicja trafia na podejrzanego. Na komendę zgłosiła się kobieta, która została napadnięta i pobita przez nieznanego jej młodego mężczyznę. Na podstawie jej zeznań sporządzono portret pamięciowy. Milicja zatrzymała podejrzanego, a na okazaniu kobieta rozpoznała napastnika. Był nim wysoki, młody mężczyzna, pracownik jednej z kopalń - Joachim Knychała.

"Został doprowadzony do sądu, ale sąd potraktował jego czyn jako wybryk chuligański i dostał grzywnę. Sprawdziliśmy go od razu pod kątem ataku na dziewczynki w Piekarach, ale nic mu nie mogliśmy udowodnić. On się nie przyznał i w dodatku nie pasował do portretu pamięciowego. Miał też bardzo dobrą opinię w miejscu pracy. Przekazano go kolegom z grupy operacyjnej 'Szóstka', którzy zweryfikowali jego alibi" - wspomina Roman Hula.

W kopalni "Andaluzja", w której pracował Knychała, sprawdzono, czy w dniu, gdy dochodziło do ataków na kobiety był w pracy. Okazało się, że miał żelazne alibi - był w tych wszystkich dniach na szychcie. Milicjanci nie mieli zatem dowodów, by go aresztować.

Lata 80.

Jak wspomina Roman Hula, stan wojenny wyhamował śledztwo: "Od 1980 roku grupy operacyjne praktycznie przestały istnieć. A po ogłoszeniu stanu wojennego, to już w ogóle nic nie funkcjonowało. Mieliśmy bardzo ograniczone środki techniki operacyjnej, ponieważ wszystko zostało przerzucone na potrzeby Służby Bezpieczeństwa, bo to w tamtym czasie było najważniejsze".

Śledztwo stanęło w martwym punkcie. Zwrot nastąpił dopiero po dwóch latach. W maju 1982 roku na komendzie pojawił się... Joachim Knychała. Chciał zgłosić nieszczęśliwy wypadek. Okazało się, że podczas spaceru po hałdach, na który wybrał się ze swoją 17-letnią szwagierką, Bogusławą L., kobieta nagle się potknęła i uderzyła głową w kamień. Milicjanci od razu udali się na miejsce, gdzie okazało się, iż dziewczyna nie żyje. 

Funkcjonariusze na początku nie powiązali jednak tej śmierci z zabójstwami sprzed lat. Wyglądało to na nieszczęśliwy wypadek, ale dopiero po sekcji zwłok okazało się, że obrażenia głowy zostały zadane ciężkim narzędziem. Knychałę zaaresztowano. Przesłuchania prowadził Hula, który w owym czasie był podporucznikiem MO.

"Trafił do aresztu w Katowicach. Spotkałem się tam z nim i zacząłem z nim pracę. Przesłuchiwałem go. Czasem, gdy nie mogłem go zabrać na przesłuchanie do komendy, to zamykałem się z nim w jego celi i siedziałem tam nawet 12 godzin" - wspomina Hula. Na początku Joachim Knychała przyznawał się tylko do romansu ze szwagierką. Jednak podczas badań wariografem okazało się, że na pytania o dzień śmierci Bogusławy reagował wyjątkowo nerwowo.

"Wiedziałem, że muszę go złamać psychicznie. Rysowałem mu szubienicę i straszyłem, że będzie wisieć, szydziłem z niego. Wyprowadzałem go z równowagi. Czułem, że jestem coraz bliżej. Rozmawialiśmy o coraz bardziej prywatnych sprawach. Otwierał się przede mną, ale trudno go było tak już do końca przełamać. Po wielu godzinach Achim przyznał mi się do zabójstwa Bogusi" - wspomina Hula.

Zeznał, że chciał zakończyć romans z dziewczyną, ale ona nie zgodziła się na to i zagroziła, że o wszystkim powie swojej siostrze. Knychała zaproponował zatem spacer szwagierce i na hałdzie przy kopalni "Andaluzja", zadał jej śmiertelny cios kilofem. Jak wspomina Hula, Knychała po wielu godzinach przesłuchania wreszcie wyznał całą prawdę. "Zadałem mu wtedy pytanie: 'Achim, a dziewczynki to też twoja sprawa?' On spuścił głowę i ze łzami w oczach przytaknął...".

Tekst powstał na podstawie serii dokumentalnej "Kryminalne śledztwa PRL" produkcji CBS Reality, którą można oglądać w każdy wtorek o 22:00 na antenie CBS Reality. 3. odcinek serii (emisja 17 sierpnia) poświęcony jest sprawie Joachima Knychały.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama